|
,Śpiewać każdy może” – tą frazę znają wszyscy. A pisać? Też! Dlatego
właśnie zapraszamy do zapoznania się z artykułami napisanymi przez uczniów
naszej szkoły. Również niektórzy nauczyciele podjęli to wyzwanie i poszli w
ślady swych zdolnych wychowanków. A Wy? Może też macie ochotę na odkrycie w sobie
nowych, pisarskich zdolności?
Wszystkich chętnych
zapraszamy do współpracy. Anna Trybała
„Jeśli nie ma niemieckiego podziemia, to je sobie stworzymy!”-
czyli Akcja „N”
Historia Polski aż zbyt obfita jest w wojny i okupacje. Przeszliśmy wiele
prób naszego patriotyzmu i woli walki. Jednak II wojna światowa chyba najlepiej
z wszystkich pozostałych pokazała światu, że Polak tak łatwo się nie poddaje.
Wróg hitlerowski był złym psychologiem. Chcąc zdusić wszelki opór okrucieństwem
i przemocą wzmagał nienawiść, jednocząc Polaków jeszcze bardziej. Po upadku
kampanii wrześniowej naród polski nie schował się po domach i nie ugiął kolan
przed Niemcami. Wręcz przeciwnie-stworzył największą Armię Podziemną w całej
okupowanej Europie, a nawet zaryzykowałabym stwierdzenie, że na całym świecie.
Oprócz prowadzenia tajnych kompletów, sądów podziemnych i wielu innych
wymagających niesamowitej odwagi działań Podziemia, uciemiężeni Polacy wymyślili
inny sposób walki z okupantem. Uderzał on bezpośrednio w samych Niemców,
podkopując morale i miał być przyczyną niechęci faszystowskich żołnierzy do
walki, buntu przeciwko Hitlerowi, a może nawet i dywersji. Tym sposobem była
właśnie Akcja „N”.
Do jej rozbudowy i ogromnego zasięgu działania przyczynił się
bezpośrednio Jan Nowak-Jeziorański. Usłyszał o niej przypadkiem, rozmawiając w
pociągu z pewnym znajomym Węgrem. Otóż poinformował on go, że podobno jakaś
bliżej niezidentyfikowana grupa Niemców bardzo sprzeciwia się działaniom Hitlera
i ukazuje prawdziwy obraz III Rzeszy. Zaintrygowany „Janek”, który już wtedy
działał w Podziemiu, poinformował o tym swoich przełożonych. Odpowiedział mu
szczery wybuch śmiechu. Zostało mu wyjaśnione, że to niemieckie podziemie jest
tworzone tu, w okupowanej Polsce, przez samych Polaków! Akcja ta polega na
dostarczaniu Niemcom gazetek propagandowych donoszących o ich niepowodzeniach na
froncie itd. Akcja „N” od słowa Niemcy, którą kierował Tadeusz
Żenczykowski(pseudonim „Kowalik”), od razu spodobała się Jeziorańskiemu.
Poprosił o natychmiastowe przydzielenie do niej i niedługo potem otrzymał
przyzwalającą odpowiedź.
Zastanawiające jest jedno: jak to możliwe, że nieufni Niemcy
wierzyli w to, co było napisane w gazetkach? Przecież powinni byli wyczuć, że
nie była pisana przez ich rodaków! Otóż jak się okazuje i to zostało doskonale
przemyślane. Nad redakcją pisemek pracowały zespoły Polaków znających język
niemiecki lepiej nawet niż polski (głownie ze Śląska i Poznania), często też
walczących w czasie I wojny światowej w wojsku niemieckim, gdzie nauczyli się
slangu żołnierskiego. Poza tym, były drukowane w typowej dla Niemców gotyckiej
czcionce.
No dobrze, ale jak dostawały się w ręce Niemców? I tutaj metody
były różne. Nigdy nie było to z ręki do ręki. Najbardziej do rozprowadzania ich
przyczynili się polscy kolejarze, którzy naprawdę bardzo wiele ryzykowali.
Przewozili kompromitujące materiały nawet w głąb Rzeszy i wręczali je ludziom,
którzy zajmowali się ich dalszym przekazywaniem. W celu uniknięcia wpadki przy
okazji kontroli w pociągu, w specjalnych pociągach do przewożenia niemieckich
żołnierzy wracających z frontu, którzy zazwyczaj byli śmiertelnie wykończeni i
po prostu spali jak zabici, działacze Podziemia wkładali do ich plecaków gazetki
dywersyjne. W ten sposób możliwość wykrycia ulotek przez gestapo była bardzo
znikoma, ponieważ żołnierze wykończeni w walce za III Rzeszę niemal warczeli na
próbujących ich przeszukiwać funkcjonariuszy.
Aby gazetki Akcji „N” dostały się prosto w ręce Niemców, wykorzystywano bardzo
wymyślne metody. Najbardziej popularną metodą było wykorzystywanie skrzynek w niemieckich
miastach, do których obywatele wkładali przeczytaną prasę, która miała następnie
być wysłana żołnierzom na front wschodni, by dostarczyć im trochę rozrywki. W
ten sposób zmęczony walką żołnierz, gdy otwierał gazetę, aby poczytać o rychłym
zwycięstwie swojego narodu, znajdował pomiędzy stronicami broszurę z szokującymi
doniesieniami takimi jak: liczne intrygi i nieprawości ważnych osób, rozłam w Oberkommndo
der Wehrmacht, walka pomiędzy Hitlerem i partią a zasłużonymi generałami, z
których wielu, jak marszałek Richenau, zostało zlikwidowanych lub znalazło się w
niełasce. „Der Frontkampfer” (nazwa jednej z ulotek) przedstawił marszałka
Richenau jako bohatera, przywódcę opozycji w wojsku przeciwko Fuhrerowi i
najzdolniejszego generała, który swoją odwagę cywilną przypłacił życiem.
Przepowiadał, że wojna już została przegrana przez Hitlera, który nie ma pojęcia
o prowadzeniu operacji wojskowych, a armia wykrwawia się tylko niepotrzebnie w obronie
partii i gestapo. Istniała nawet ulotka wydana w imieniu Rudolfa Hessa, który
był domniemanym przywódcą opozycji w łonie partii hitlerowskiej. No cóż, ja na
miejscu tego biednego, gotowego dotychczas zginąć za Fuhrera żołnierza, bym się
delikatnie mówiąc zdenerwowała.
Gazetki Akcji „N” były także wkładane do kopert, starannie
zaklejane, adresowane do jakiegoś Niemca i opatrzane urzędowymi nadrukami w
stylu „Drucksache” lub „Buchhandlung”.
W rozbawienie wprawia fakt, że Niemcy sami rozprowadzali kompromitujące ich rząd
i kraj materiały. Urzędnicy pocztowi przybijali pieczątkę, a listonosze niczego
nieświadomi roznosili dywersyjną bibułę prosto do rąk adresatów. Dla żołnierzy
jadących na front Wschodni przeznaczona była broszura o niebezpieczeństwach
rosyjskiej zimy podpisana przez „berlińskiego lekarza”. Wszystko było tak
doskonale zaplanowane, że Niemcy nie domyślili się pochodzenia szokujących
materiałów. Bo przecież gdyby usłyszeli o takich sprawach z obcego źródła,
choćby nawet z audycji BBC, nie uwierzyliby w ani jedno słowo.
Jedno jest pewne: Akcja „N” była jednym z najbardziej śmiałych posunięć
Podziemia. Należy tu oddać hołd szczególnie kolejarzom, którzy nieraz wykonywali
niesamowicie niebezpieczne zadania, nie oczekując nic w zamian. Możemy się
domyślać, że ta akcja w jakimś stopni na pewno przyczyniła się do zwrotu w
dziejach wojny, jakim była klęska Wehrmachtu na froncie wschodnim. Niech cały
świat widzi, że się nigdy nie poddamy-na żadnym polu.
Anna Krywult (p.k.a.t.)
POLSCY
LOTNICY PODCZAS DRUGIEJ WOJNY ŚWIATOWEJ
Polscy lotnicy przeszli bardzo dużo.Nie tylko jeśli chodzi o psychikę,
ale również w dosłownym tego słowa znaczeniu. Po zajęciu Polski przez Niemców
rozpoczęli wielki exodus, najpierw walcząc we Francji, co nie przyniosło
wymiernych skutków, głównie przez defetyzm Francuzów, a następnie w Anglii,
gdzie bez wątpienia byli najlepsi w swoim fachu.
Pod koniec lat dwudziestych latanie dla młodych Polaków stało się
ucieczką od prozy życia, uosobieniem przygody i romantyzm, było przeniesieniem
długiej historii nieustraszonej kawalerii polskiej- husarii, z ziemi w niebo.
Dlatego było to tak interesujące i pociągające, a dodatkowo trzeba przyznać, że
nie było żadnych ograniczeń dla młodych ludzi pragnących zostać pilotami, nie
wymagano od nich na przykład nie musieli pochodzić ze szlachty. Z tych powodów
wiele osób uczęszczało do szkół lotniczych. Jedną z najbardziej znanych była
szkoła w Dęblinie z siedzibą w przepięknym pałacu. Zaletą polskich szkół
lotniczych było m.in. to, że przyszłych pilotów uczono tam „przeglądania całego
nieba”, nowatorskiego latania oraz brawurowych, ale skutecznych metod
ostrzeliwania nieprzyjaciół –wykonywano, między innymi, ćwiczenie, polegające na
locie dwóch samolotów z przeciwnych stron wprost na siebie i skręceniu dopiero
po ujrzeniu „ białek oczu” wroga . Dzięki świetnemu szkoleniu polscy lotnicy
stali się najskuteczniejszymi pilotami RAFu.
Jednak zanim nasi rodacy trafili do Anglii po drodze jeszcze „przelecieli”
przez Francję, gdyż nie można nazwać działaniami wojennymi picia szampana i
zabawy do białego rana francuskich żołnierzy. Mogło się nawet zdawać, że Polakom
bardziej zależy na niepodległości Francji niż samym Francuzom, a że w pojedynkę
się nic nie wskóra, naszych żołnierzy ogarnęła gorycz i niechęć do Francuzów, a
ściślej ich postawy. I wtedy pojawiła się nadzieja, że jednak dane im będzie
walczyć z Niemcami. Tą nadzieją była Wielka Brytania, która postanowiła stawić
opór najeźdźcom.
Jednak Polacy po przybyciu na Wyspy byli traktowani jak niezorganizowani i niewykwalifikowani
szaleńcy. Brytyjczycy bardzo długo nie mogli się przekonać do Polskich Sił
Powietrznych, ale na ich niekorzyść działał czas, a ściślej jego brak. Anglia
pilnie potrzebowała lotników. W końcu po długich rozmowach stworzono pierwszy
polski dywizjon – Dywizjon 303, który został dopuszczony do walk. Od samego
początku polscy lotnicy odznaczyli się skutecznością, bohaterstwem i odwagą.
Walczyli z takim oddaniem o Wielką Brytanię, jakby to chodziło o ich własny kraj.
Po niedługim czasie, dzięki nagłaśnianiu wyczynów Polaków w prasie
stali się oni bożyszczami Anglii. Byli zapraszani na najbardziej elitarne
imprezy, cieszyli się dużą sławą, byli uwielbiani w całym Królestwie. Wśród dam
z wyższych sfer modne stało się „adoptowanie”, czyli branie pod swoją opiekę
polskich dywizjonów lotniczych. Nienaganne maniery, przyjazne usposobienie i
uczuciowość stały się wizytówką Polaków, co przyciągało szczególnie Angielki,
które przestały się interesować swoimi rodakami. Sfrustrowani i „odstawieni w
kąt” lotnicy brytyjscy próbowali temu w jakiś sposób zaradzić. Jednym z
przykładów na „desperację” Wyspiarzy było to, że przyklejali sobie do mundurów
naszywki z napisem „ Poland” i najzwyczajniej udawali Polaków.
Dzielnym polskim pilotom bardzo podobało się w Anglii, po przykrych
doświadczeniach z Francji, jednak z drugiej strony odczuwali gorycz i złość, że
nie mogą zrobić dla Ojczyzny tyle ile by chcieli. Jednak wciąż mieli nadzieję na
to, że alianci wywiążą się z obietnic złożonych Polsce.
Nadzieję tą niestety rozwiało zachowanie Wielkiej Trójki, które było
haniebne, szczególnie jeśli chodzi o Churchilla i Roosvelta, po tym jaki
wnieśliśmy wkład w zwycięstwo nad Niemcami.
Na dodatek polscy żołnierze, którzy nie mogli wrócić do powojennej,
zniszczonej Polski, którą już praktycznie rządził Stalin i jego poplecznicy
spotkali się ze zgoła innym traktowaniem prze Brytyjczyków niż w latach
poprzednich.
Teraz Anglicy, którzy byli wpatrzeni w ZSRR ,,jak w obrazek’’, szykanowali i
obrażali Polaków, wypisywali nacjonalistyczne hasła na murach (np. „Anglia dla
Anglików”), odnosili się w sposób okrutny i bardzo krzywdzący do ich, towarzyszy
broni w walce z nazistowską okupacją Europy. Teraz już nikt nie pamiętał o
bohaterstwie polskich lotników. Nie byli już wszędzie zapraszani, obawiali się
zakładać polskie odznaczenia, gdyż spotykali się w najlepszym razie z wzgardą. W
większości musieli wyemigrować jeszcze dalej od Polski, najczęściej do USA czy
Kanady. Nie stawiano im pomników, nie mówiono o nich, nie raczono ich nawet
zaprosić na Defiladę Zwycięzców w Anglii, choć byli na niej obecni np.
Etiopczycy, Meksykanie, policja z Labuanu, czy też Korpus Pionierów Seszeli.
Nie, nie pamiętano o nich. Poza tym mogłoby to przysporzyć tylko
kłopotów, takich jak np. zdenerwowanie „Uncle Joe”, Józefa Stalina -
dobrotliwego i skutecznie ,,wybielonego” przez rządy USA i Wielkiej Brytanii.
Polscy piloci jak wszyscy żołnierze oraz nawet cywile, którzy z honorem , odwagą
i wiarą walczyli o niepodległą Polskę, zostali zaszczuci, oczernieni i wymazani
z pamięci wszystkich na prawie pół wieku. Byli ofiarami nie tyle wojny, co
fałszywości i dwulicowości działań Wielkiej Trojki.
Jednak dziś, gdy żyjemy nareszcie w wolnym kraju, warto przypominać
o Nich i wiedzieć o Ich życiu, godnym naśladowania jak najwięcej.
WARTO WIEDZIEĆ, ŻE MY POLACY MAMY Z KOGO BYĆ DUMNI!!!
Agata Smoląg / 3b GM / p.k.a.t.
Helena
Citrónova i Franz Wunsch- Miłość silniejsza niż wszystko.
Druga wojna światowa i obóz Auschwitz kojarzą się z cierpieniem ludzi,
pogwałceniem praw człowieka i wykorzystaniem go w najbardziej bestialski sposób.
Wszechobecne cierpienie, ból i rozpacz stały się codziennością tamtych czasów.
Mogłoby się wydawać, że niepewność jutra i brak perspektyw całkowicie
eliminowały możliwość pojawienia się w takim miejscu uczucia. Miłość była jedną
z wartości, które zupełnie nie pasowały do nastroju wojny, a już na pewno nie
Oświęcimia, który był kwintesencją nazistowskiego zła.
Jednak pomimo kontrastu pomiędzy uczuciami takimi jak uwielbienie i nienawiść
okazało się, że w miejscu brutalnych zbrodni na ludzkości, które było istnym
piekłem na Ziemi, może zaistnieć miłość
Niecodzienne zauroczenie
Poruszająca historia więźniarki Heleny Citrónowej i esesmana
Franza Wuncha stanowi dowód na to, że nawet najbardziej niesprzyjające warunki
nie mogą wykluczyć powstania miedzy ludźmi mocnej więzi.Helena pochodziła z
Czechosłowacji. Do obozu przybyła w marcu 1942 r. Była typową więźniarką, która
powoli traciła wiarę w poprawę swej beznadziejnej sytuacji. Przeszła przez
wszystkie okrutne choć nieuniknione, bo wynikające z celowej polityki nazistów,
okrucieństwa związane z pobytem w Auschwitz: głód, tortury fizyczne i psychiczne.
Doświadczyła ogromnej brutalności i zobaczyła jak to jest ,,żyć umierając”.
Podczas pierwszych miesięcy pobytu w obozie pracowała przy rozbiórce
budynków i przenoszeniu gruzów. Kiedy jedna z jej towarzyszek załamała się i
została zamordowana przez esesmanów, Helena zdała sobie sprawę, że by móc
przetrwać, musi znaleźć pracę w komandzie, gdzie praca jest mniej wycieńczająca.
Koleżanka z baraku, Słowaczka, zachęciła Helenę, by razem z nią poszła do pracy
w „Kanadzie”. Było to miejsce sortowania rzeczy skradzionych Żydom i ludziom
transportowanym do Oświęcimia. Praca tam stanowiła szansę na przetrwanie.
Względnie dobre warunki i znajdowane pożywienie dawały iskierkę nadziei na
przeżycie. Ta iskierka nadziei miała tak dużą wartość dla więźniów, iż miejsce z
nią związane określili nazwą kraju który utożsamiali z bogactwem.
Jednak o nielegalnym przejściu Heleny do innej pracy, dowiedziała
się członkini kapo. Nakazała ona jej wracać do obozu, gdzie miała zostać
przeniesiona do karnego komanda, co było równoznaczne ze śmiercią. Jednak
przypadkowo pierwszy (i jak wszystko na to wskazywało) ostatni dzień pracy
Heleny w Kanadzie, przypadł w dzień urodzin jednego z oficerów SS - Franza
Wuncha. Esesman dowiedziawszy się o talencie wokalnym Heleny (miała piękny głos)
i poprosił, by dla niego zaśpiewała. Więźniarka ze spuszczonym wzrokiem zanuciła
wyuczoną w szkole niemiecką piosenkę. Wunch pod ogromnym wrażeniem uroku Heleny,
sprawił, że dziewczyna od następnego dnia zaczęła na stałe pracować w Kanadzie i
tym samym po raz pierwszy uratował jej życie. Najprawdopodobniej wtedy zakochał
się w niej od pierwszego wejrzenia.
Zaloty
Chociaż Wunch od tamtej pory był przychylny Helenie, ta na początku
żywiła do niego nienawiść. Prezenty, miłosne liściki i wyraźne zainteresowanie
Franza nie schlebiały jej, lecz wręcz obrzydzały wielbiciela. Oficer SS miał w
Kanadzie swe biuro i starał się do niego jak najczęściej zwabiać swą wybrankę.
Pod różnymi pretekstami przywoływał ją do siebie, by choć przez chwilę móc na
nią popatrzeć.
Kiedy więźniarka odrzucała jego wyraźne zaloty, potrafił pokazać twarz
prawdziwego, brutalnego esesmana. Szantażował ją i groził surowymi karami, choć
mimo wszystko nigdy nie spełnił swych obietnic. Jednak z czasem Helena poczuła
się bezpieczna dzięki przywilejom, jakie miała dzięki zauroczeniu Wuncha.
Wiedziała, że mężczyzna nie pozwoli, by stało się jej coś złego.
Ocalenie
Przeczucia Heleny potwierdziły się, gdy Wunsch ocalił przed
śmiercią w komorze jej siostrę. Dowiedziawszy się o tym, że Helena pobiegła do
bloku śmierci gdzie znajdowała się jej siostra- Róžinka, odszukał je obie i
uratował. By być wiernym wizerunkowi brutalnego esesmana i nie wzbudzić
podejrzeń innych, oficer skarcił więźniarkę za opuszczenie baraku i zaczął ją
bić. Cudem wyciągnął obydwie kobiety z bloku śmierci. Niestety dzieci
siostrzenicy Heleny nie uniknęły śmierci, chociaż Wunch i tak sprawił, że
Rózinka wraz z jego wybranką pracowała w Kanadzie. To wydarzenie zupełnie
zmieniło stosunek Heleny do Franza. Od tamtego momentu zaczęła go powoli kochać.
Wzbudzało to oczywiście zazdrość współwięźniarek, które w obliczu własnej
tragedii nie potrafiły cieszyć się szczęściem koleżanki. Związek Heleny i Franza
opierał się tylko na wymienianiu spojrzeń, pospiesznych rozmowach, krótkich
liścikach. „Rozglądał się na prawo i lewo i jeśli nikt nas nie słyszał, mówił ‹‹
Kocham cię››. Dzięki temu czułam się w tym piekle lepiej.” -wspomina Helena.
Uczucie, które żywił do Heleny Franz Wunch, niewątpliwie pomogło jej przetrwać w
obozie. Wojnę przeżyła nie tylko dzięki jego bezpośredniej ingerencji w jej
sprawy, lecz miała podporę psychiczną. Jak ważne musiały być dla niej takie
wyznania, podczas gdy otaczająca rzeczywistość nie dawała siły i powodów, by
starać się doczekać kolejnego strasznego dnia, możemy się tylko domyślać.
Donos
Znajomość tych dwojga nie była dla nikogo tajemnicą. Jasne stało się,
że wszyscy doskonale wiedzieli, jakie są między nimi relacje. Oczywisty był fakt,
że w końcu ktoś na nich doniesie. Albo zawistna współwięźniarka, albo „sumienny
strażnik dbający o czystość i honor kolegi”. Rzeczywiście pewnego dnia, kiedy
Helena wracała z pracy do obozu, jedna z członkiń kapo rozkazała jej wyjść przed
szereg. Zabrano ją do karnego bunkra w bloku 11 i grożono, że jeśli nie powie,
co zaszło między nią a tamtym esesmanem, zabiją ją. Wuncha aresztowano także,
jednak z powodu zgodności ich zeznać (oboje zaprzeczali, że cokolwiek ich
łączyło), sprawa została umorzona.
Od tamtej pory młodzi zachowywali zdwojone środki ostrożności w
kontaktach między sobą. Donosicielami mogły okazać się zazdrosne więźniarki,
które nie miały tylu przywilejów, co wybranka esesmana. To ukazuje jak
bezwzględnie nienawistne mogły stać się stosunki ludzi w obozie, jeśli pojawiała
się szansa poprawy sytuacji dla którejś ze stron. Wszechobecna zazdrość i
konkurowanie nawet w błahych sprawach, powodowały piętrzenie się nieporozumień,
co powodowało często uciekanie się do daleko posuniętej agresji. Chociaż ich
związek nigdy nie został ,,skonsumowany”, był zagrożeniem dla nazistowskiej
ideologii i zapewnianiu o wyższości rasy aryjskiej. Sam fakt uczucia, które samo
w sobie było silniejsze i ważniejsze niż narzucona odgórnie polityka rasowej
nienawiści, okazało się bardzo niebezpieczne dla wizerunku Trzeciej Rzeszy,
która nie dopuszczała możliwości związku między Żydówka a Niemcem.
Pożegnanie
Troskliwe oblicze Wuncha ujawniło się jeszcze podczas wyzwolenia
obozu kiedy to obozowicze mieli przygotowywać się do opuszczenia Auschwitz.
Miało wtedy dojść do kolejnego marszu śmierci, w listopadzie 1944. Marsze te nie
były niczym nowym – pierwszy odbył się w styczniu 1940 r. i jak każdy następny
zebrał krwawe żniwo.
Mężczyzna zaopatrzył Helenę i jej siostrę w dwie pary skórzanych, ocieplanych
kozaków, które straszliwie różniły się od chodaków wykładanych gazetami, które
nosili zwykli więźniowie. Na pożegnanie wcisnął kobiecie w dłoń karteczkę z
adresem swojej matki, zamieszkałej w Wiedniu z zapewnieniem o troskliwej opiece.
Helena jednak przypomniawszy sobie słowa swego ojca o znaczeniu jej żydowskiego
pochodzenia, wyrzuciła liścik, zamykając sobie i siostrze w ten sposób drogę do
możliwości schronienia się i tym samym wybrała konieczność tułaczki.
Opowieść o Wunchu i Helenie ma istotne znaczenie. To niezbity dowód
na to, że założyciele obozu, mający na celu poprzez barbarzyńskie postępowanie,
oduczyć ludzi człowieczeństwa, nie osiągnęli swego celu. Fakt, że w tak
strasznych warunkach mogło rozkwitnąć głębokie uczucie jest niezwykle
pocieszający i stanowi świadectwo na to, że nawet najbrutalniejsze metody
zobojętnienia ludzi na miłość, spełzły na niczym i okazały się nieskuteczne.
Karolina Nowotczyńska / 3b GM / p.k.a.t.
Wielka
ucieczka
W lecie 1942r. w obozie Auschwitz miała miejsce nader zuchwała
ucieczka. Jej plan został obmyślony przez Kazimierza Piechowskiego, polskiego
więźnia politycznego, który był w Oświęcimiu już od 18 miesięcy. Pewnego dnia
odbył on rozmowę z ukraińskim więźniem, Eugeniuszem Banderą, który był
mechanikiem w pobliskim warsztacie SS. Zwierzył się on Piechowskiemu, że jest na
liście ludzi przeznaczonych na śmierć. Wtedy właśnie po raz pierwszy zaczęli
myśleć o ucieczce. Bandera jako mechanik miał dostęp do samochodu, ale był
problem z mundurami SS i z zapobieżeniem śmierci innych więźniów w odwecie za
ich ucieczkę. Kłopot z mundurem rozwiązał się, gdy Piechowskiemu kapo nakazał
iść na drugie piętro magazynu w którym pracował, po puste pudła. Wtedy zobaczył
pokój z niemieckim napisem „Mundury”. Gdy kolejny raz się tam wybrał, drzwi były
uchylone, więc wszedł do środka. Niestety był tam esesman, który kazał mu
zameldować się w głównym biurze, co niewątpliwie groziłoby przeniesieniem do
karnego komanda. Jednak Piechowski się nie zgłosił i wszystko dobrze się
skończyło, a esesman zapomniał najwyraźniej o tym incydencie. Drugim problem,
jakim było uchronienie współwięźniów od śmierci, rozwiązał tworząc fałszywe
komando – Rollwagenkomando. Dzięki temu władze obozu nie mogły nikogo zabić w odwecie,
gdyż do tego niby-komanada należeli tylko uciekinierzy i nie było żadnego
zakładnika. Teraz tylko zostało wybrać dzień i uciec.
20 czerwca 1942r. w sobotę, czyli w dniu w którym było mniej
esesmanów na służbie, zaczęła się wielka ucieczka Kazimierza Piechowskiego,
Eugeniusza Bandery, księdza Józefa i Stanisława Jastera. Rano udali się oni do
zewnętrznej strefy obozu, czyli terenów za słynną bramą z napisem „Arbeit macht
frei”, lecz jeszcze należącej do kompleksu obozowego. Dwóch z nich udawało kapo,
którzy prowadzą więźniów do pracy. Następnie Bandera udał się po samochód, a
pozostała trójka wkradła się do magazynu po niemieckie mundury. Eugeniusz
podjechał samochodem przed wejście, a następnie Piechowski już przebrany za
esesmana pokazał mu magazyn, gdzie miał się on przebrać. Gdy już wszyscy byli
przebrani, wsiedli do auta i pojechali do bramy głównej. Kiedy uciekinierzy
zbliżali się do niej, niemieccy wartownicy nadal nie podnosili szlabanu. Nagle
wszystkich ogarnął strach, gdyż nie mieli dokumentów, ani przepustek. I wtedy
właśnie Piechowski zaczął krzyczeć po niemiecku do esesmanów „ile mamy tu
jeszcze czekać” i kląć. Dzięki temu wartownik podniósł szlaban i samochód
przejechał. „To była wolność”.
Niestety wolność fizyczna nie oznacza całkowitego uwolnienia się od
okropnych doświadczeń nabytych w Auschwitz. Z trójki uciekinierów przeżył do
czasów dzisiejszych tylko jeden. Reszta straciła życie krótko po ucieczce.
Eugeniusz Bandera po powrocie do domu dowiedział się, że żona go opuściła. Z
tego powodu rozpił się i umarł. Ksiądz Józef Lempart w wyniku obozowych przeżyć
stracił zmysły, po czym wpadł pod autobus i w yniku doznanych obrażeń zmarł.
Stanisław Jaster został zabity w Warszawie jeszcze podczas wojny. Tylko „mózg
całej operacji”- Kazimierz Piechowski- przeżył. Z dokładniejszym przebiegiem
ucieczki i dalszymi przygodami Piechowskiego, często bardzo niebezpiecznymi
można się zapoznać w książce jego autorstwa pt. ”Byłem numerem...”. Wbrew
pozorom to nie jest zamierzchła przeszłość, ale historia, która dotyczy wielu z
nas, a interesować powinna każdego.
Agata Smoląg / 3b GM / p.k.a.t.
,,Co łączy
Gliwice i Australię... czyli słów kilka o Wilhelmie
Blandowskim”
Co łączy Gliwice i Australię? Odpowiedź wydawałaby się prosta: nic. A jednak...
,,Elementem” łączącym jest mało znana, a barwna postać Wilhelma Blandowskiego.
Urodził się on w 1822r. w Gliwicach, w rodzinie o polskim
pochodzeniu która jednak później uległa procesowi germanizacji. Uczył się w
Szkole Górniczej w Tarnowskich Górach. Studiował również
górnictwo w Berlinie oraz pracował w Chorzowie, w
tamtejszej kopalni.
W 1849r. Blandowski wyjechał do Australii, gdzie uzyskał koncesję pozwalającą mu
na prowadzenie badań przyrodniczych i geologicznych. Przebywał w Adelajdzie,
Sydney i Cape York. Zawsze ciekawy świata i pełen energii
uległ ,,gorączce złota” w Viktori odnosząc
sukces ponieważ dorobił się na niej niewielkiej fortuny. Cały czas jednak nie
przestawał być odkrywcą, dlatego niejako ,,przy okazji” wynalazł pompę wodną do
płukania złota.
W 1852r. założył Towarzystwo Geologiczne w Viktorii.
Gubernator tego terenu będąc pod wrażeniem Blandowskiego jako świetnego zoologa,
doprowadził do powstania Muzeum Historii Naturalnej w Melbourne. Pierwszym
dyrektorem australijskiego muzeum został gliwiczanin Wilhelm von Blandowski. Dwa
lata później został on jednym z ośmiu założycieli Towarzystwa Filozoficznego w
Wiktorii.
W 1856 i 1857 podjął kilka wypraw badając roślinność i świat zwierzęcy wybrzeży
Wiktorii. Posiadał ogromną wiedze w zakresie geografii fizycznej, geologii,
mineralogii, paleontologii, zoologii, ichtiologii, botaniki, etnologii.
Prowadząc badania wykonywał szereg rysunków, cennych nie tylko zew względów
naukowych ale i ciekawych artystycznie.
Wpływ na dalsze losy Blandowskiego miał spór z profesorem Frederickiem McCoy,
który był zwolennikiem przeniesienia zbiorów zgromadzonych przez Blabdowskiego
do Uniwersytetu w Melbourne podczas gdy Wilhelm chciał by pozostały one w Muzeum
Historii Naturalnej.
W grudniu 1852 r. Blandowski stanął na czele wyprawy badającej środowisko
przyrodnicze u zbiegu rzek Darling i Murray. Po ponad 4 latach powrócił (w
sierpniu 1857) przywożąc 28 pudeł z ponad 17 tysiącami okazów. Wśród nich
znalazło się 19 nowo odkrytych okazów ryb obdarzonych
nazwami nawiązującymi do tych członków Towarzystwa Filozoficznego, którzy byli
zajadłymi przeciwnikami Wilhelma. Nazwy te w połączeniu z opisem środowiska
życia zwierzęcia np. chudej, oślizgłej ryby mieszkającej w błocie wywołały
sprzeciw i żądanie usunięcia tych ,,okazów” z referatu podsumowującego badania.
Blandowski na to się nie zgodził, co zaowocowało odmową przedłużenia jego
koncesji na prowadzenie badań naukowych.
Po powrocie na Śląsk – w 1859r.- opublikował prace naukowe na temat swoich badań
w Australii. Był też autorem 4 tysięcy szkiców, przedstawiających Australię. Był
aktywnym społecznikiem. Popadł w bliżej nieznany konflikt z Radą Miejską Gliwic.
Życie zakończył w zakładzie dla obłąkanych w dzisiejszym Bolesławcu. Nie wiadomo
czy faktycznie postradał zmysły czy też zamknięcie go w zakładzie tego typu
było sposobem na pozbycie się nieznośnego indywidualisty.
Jakkolwiek Wilhelm był upartym, impulsywnym i kłótliwym indywidualistą to
jednak był również człowiekiem ambitnym, zdolnym do ciężkiej pracy i pełnym
poświęcenia dla swoich pasji badawczych i fotograficznych.
Jego imię upamiętnione zostało w nazwie ryby morskiej -Blandowskius- oraz
okonia - Blandowskiella - żyjącego w rzece Murray, którą badał. To jemu
zawdzięczamy fotografie Gliwic oraz mieszkańców naszego miasta w XIX w. Co ciekawe
uwieczniał nie tylko bogatych i ważnych gliwiczan, z pewnością płacących za swe
wizerunki, ale również ubogich mieszkańców którzy wydawali mu się ciekawymi -
nawet jeśli i ubogimi – modelami. Gliwickie Muzeum Willa Caro posiada kilka
tomów zdjęć tajemniczych mieszkańców miasta uwiecznionych na kliszy przez
Wilhelma von Blandowskiego.
Jakkolwiek Blandowski pozostaje osobą nieznaną szerszej
społeczności, jednak coraz częściej jego osoba jest wydobywana z niezasłużonego
cienia. Postać Wilhelma przypomniana została w czasie Dni dziedzictwa
Kulturowego Gliwic – poprzez prezentację małej kolekcji jego zdjęć terenie
Cmentarza Żydowskiego przy ulicy Na Piasku. Jego osobę wymienia się w
okolicznościowej książce na temat Gliwic ,,Kronika 2000”. Przypomina o nim także
anglojęzyczny artykuł autorstwa pani Janiny Ali prezentowany na stronie
internetowej naszej szkoły. Artykuł przybliżający tą postać zawarty został
również w Górnośląskim Informatorze Kulturalnym wydanym we wrześniu
2001 roku.
Poszukiwania szerszych informacji o W.Blandowskim w
zasobach internetowych mogą jednak rozczarować. Co prawda zarówno na stronach
polskich (www.australia.com.pl)
jak i anglojęzycznych (www.museum.vic.gov.au/history)
jest on wymieniany, są to jednak tylko krótkie wzmianki i co ciekawe -
liczniejsze w zasobach australijskich.
Jak do tej pory Blandowski pozostaje postacią znaną w
Australii, a nieco zapomnianą w Polsce. Przypominany jest jedynie ,,przy
okazji”, jak stare rodzinne zdjęcie wyciągane na światło dzienne jedynie ,,od
święta”. Może już jednak czas by stał się pełnoprawnym członkiem gliwickiej
społeczności, znanym i szanowanym w swoim mieście, które swymi zasługami sławił
nawet na tak odległym kontynencie jak Australia?
Anna
Trybała
An-225 Kolos w przestworzach
Największym
kolosem w przestworzach jest obecnie AN-225. Nie ma sobie równych na całym
świecie. Nawet kolos z USA (Galaxy C-5) ustępuje w wielu osiągach AN- owi. AN
ma napęd składający się z sześciu silników turbinowych Łotariew D-18T, każdy o
ciągu 229. 50kN. Maksymalna masa startowa AN-225 to 600 ton zaś maksymalna masa
załadunku wewnętrznego i zewnętrznego to 250 ton. Rozpiętość skrzydeł to 88.4 m.
Długość wynosi 84 m. Wysokość: 18.1 m. Przy takich wielkich rozmiarach AN osiąga
prędkość do 800 km/godz. Wielkości ładowni:
-długość 84 metry -szerokość
6.4 metra -wysokość 4.39 metra
Zasięg
maksymalny z obciążeniem aż 4500km. Zasięg bez obciążenia 15.400km. Do tak
wielkiej maszyny potrzebna jest załoga składająca się tylko z 7 osób. AN-225 po
raz pierwszy został pokazany 16 lat temu na Kijowskim lotnisku. W roku
2006 AN-225 być może zostanie użyty w rosyjskim programie kosmicznym MAKS. W marcu
1989 r. Po raz pierwszy AN-225 wzbił się w powietrze z załadunkiem 250-ciu ton z
misją pobicia wszelkich rekordów świata w klasie samolotów odrzutowych o masie
przewyższającej 300 ton. Ustanowiono 106 nowych rekordów świata. Większość nie
została pobita do dziś. W roku 1989 Mirja (AN-225) wzbił się z wahadłowcem
Buran na grzbiecie. Potrzebował pasa startowego o długości 2500 m. Duet ten
występował potem na wielu imprezach lotniczych. Po kilku latach wokół AN- 25
zapadła cisza trwająca do dziś.
Mateusz Niezgoda
kl. II G
Fale tsunami
Fale
tsunami są pojedynczymi falami długimi, powstającymi na skutek trzęsienia ziemi
występującego pod dnem morskim (najczęściej), w wyniku podwodnych wybuchów
wulkanów lub eksplozji wulkanów na morzu (np. wybuch wulkanu Karakatau,
26-28.08.1883r.) albo też obsunięcia się mas gruntu do morza (Zatoka Lituya na
Alasce, 9.06.1958 r.). Pod względem genetycznym tsunami traktuje się jako fale
sejsmiczne.
Fale tsunami charakteryzują się znaczną długością, rzędu kilkunastu - stu
kilkudziesięciu tysięcy metrów, ich wysokość na otwartym, głębokim oceanie
wynosi kilka metrów. Ze względu na bardzo duże długości prędkość przemieszczania
tych fal jest duża (rzędu kilkuset km na godzinę) i nawet na największych
głębokościach przemieszczają się jako fale płytkowodzia. Stromość fal tsunami na
otwartych, głębokich wodach jest bardzo mała, stąd, na takich akwenach nie
stanowią nie tylko jakiegokolwiek zagrożenia dla statków, lecz są wręcz
niezauważalne.
W momencie dojścia do strefy brzegowej, poruszająca się z dużą prędkością
fala długa staje się falą przyboju o stromym czole, jej wysokość wzrasta. Wzrost
wysokości fali tsunami uzależniony jest od początkowej wysokości (energii fali),
szerokości i nachylenia strefy przybrzeża, w której
zachodzi dyssypacja energii fali oraz od topografii linii brzegowej. Im szerszy
i o mniejszym nachyleniu szelf, tym silniejsze rozpraszanie energii fali i fala
tsunami dochodząca do linii brzegowej ma mniejszą wysokość. W skrajnych
przypadkach wysokość fali tsunami sięgać może kilkunastu metrów. Szczególnie
duże wysokości fal tsunami obserwuje się w sytuacjach, gdy wąski, dość stromo
nachylony szelf przylega do zatok w linii brzegowej. W zatoce dochodzi do
dodatkowego spiętrzenia wody. Ponieważ batymetrię podbrzeża i topografię linii
brzegowej można traktować jako stałą (w sensie braku zmian w czasie), pewne
odcinki wybrzeża szczególnie narażone są na częstsze niż na innych odcinkach
brzegu występowanie fal tsunami.
Nadejście fali tsunami zazwyczaj poprzedzone jest szybkim obniżeniem lustra
wody od 1 do 4 metrów, które trwa od kilku do kilkunastu minut, po czym
następuje gwałtowne i szybkie podnoszenie się poziomu morza, zakończone
nadejściem fali tsunami o dużej, kilku - kilkunastometrowej wysokości. Zazwyczaj
najwyższa jest pierwsza fala tsunami, po której może przyjść kilka kolejnych, o
coraz to mniejszej wysokości. To ostatnie stwierdzenie jest jednak wcale takie
pewne .

Niszczycielskie działanie tsunami
objawia się w strefie przybrzeżnej, gdzie tworzą one wysoki, stromy wał wody,
uderzający w brzeg z dużą prędkością i zmiatający wszystko po drodze.
Szczególnie narażone na zniszczenia są urządzenia hydrotechniczne,
infrastruktura portowa, statki znajdujące się w portach i i na płytkich,
przyportowych redach. W przypadku wystąpienia tsunami statkowi znajdującemu się
w porcie grozi zniszczenie lub w bardziej korzystnej sytuacji - odniesienie
bardzo poważnych uszkodzeń. Znane są liczne przypadki wyniesienia statków
stojących w porcie i osadzenia na nabrzeżu lub uniesienia
statków stojących na redzie i osadzenia na lądzie z dala
od brzegu (niekiedy na równej stępce).
Ponieważ fale tsunami związane są z
występowaniem trzęsień ziemi, najwięcej ich występuje na obszarach aktywnych
sejsmicznie. Na pierwszym miejscu należy wymienić tu Pacyfik, wokół brzegów tego
oceanu występują bardzo aktywne sejsmicznie obszary związane z czynnymi strefami
subdukcji. Wzdłuż wybrzeży Ameryki Południowej, Ameryki Środkowej, Kalifornii
Alaski, Wysp Aleuckich, Kamczatki, Wysp Kurylskich, Japonii, Filipin i wysp
Indonezji występują często silne trzęsienia ziemi, generujące fale tsunami. Na
Oceanie Atlantyckim fale tsunami występują rzadko, lecz jedna z nich, związana z
lizbońskim trzęsieniem ziemi (1.11.1755 rok) okazała się wyjątkowo
niszczycielska.
I1I Stosunkowo często, choć o niewielkiej sile,
występują fale tsunami na Morzu Śródziemnym, zwłaszcza przy wybrzeżach Północnej
Afryki (Algeria, Marokko), gdzie strefa przybrzeżna wykazuje stale niewielką
aktywność sejsmiczną.
Odpowiednio silne trzęsienie ziemi, nawet oddalone, jest w stanie wywołać
wysoką falę tsunami w ogromnej odległości.
Mateusz
Niezgoda kl.2g GM
Wstrzymał Słońce, ruszył Ziemię, posmarował
chleb masłem...
Kim był Mikołaj
Kopernik? Astronomem- każde dziecko odpowie. To on w swoim dziele „ O obrotach
sfer niebieskich” jako pierwszy z nowożytnych sformułował teorię
heliocentryczną. Bardziej oczytani powiedzą, że był kanonikiem kapituły
warmińskiej, kartografem (sporządził mapę Warmii, Prus Królewskich, Zalewu
Wiślanego i Królestwa Polskiego) i ekonomistą (udzielał rad królowi polskiemu
Zygmuntowi Staremu w sprawach związanych z obiegiem pieniężnym, przedstawił
projekt reformy monetarnej i sformułował prawo o wypieraniu lepszego pieniądza
przez pieniądz gorszy). Napisał również krótki memoriał „Obrachunek wypieku
chleba”, w którym zawarł tablice z uczciwymi cenami pieczywa i opisem jego
wypieku. Za życie ceniono go przede wszystkim jako lekarza. Jednak mało kto
wie, że to Kopernik wymyślił i upowszechnił smarowanie chleba masłem. Co więcej
– propagował to ze względów czysto leczniczych a nie kulinarnych.
Jaka była geneza tegoż
pomysłu? W roku 1516 Kopernik został mianowany administratorem dóbr
kapituły w Olsztynie. W styczniu 1521 roku do murów Olsztyna podeszli Krzyżacy.
Kopernik jako administrator przygotował miasto i zamek do obrony. Dzięki
wzorowemu przygotowaniu atak krzyżacki został odparty. Jednak w trakcie obrony,
pojawiła się tajemnicza choroba, na którą zaczęła chorować załoga. Powodowała
ona przykre i silne objawy ze strony układu pokarmowego na które skarżyli się
wszyscy członkowie załogi. Pomimo stosowania środków zaradczych znanych w owych
czasach, choroba nie ustępowała.
Lekarz
Kopernik postanowił więc dociec przyczyn choroby. Podejrzewał, że ludziom
szkodzi coś z jedzenia. Rozdzielił więc załogę na niewielkie odziały, które
rozmieścił w różnych częściach zamku. Każda z grup przyjmowała inaczej
skomponowane posiłki. Szybko okazało się, ze nie chorują tylko ci, których dieta
nie obejmuje chleba. Najprościej byłoby wyeliminować chleb z posiłków całej
załogi, ale w oblężonym zamku, przy ograniczonych zasobach żywności było to
niemożliwe. Twardy czarny chleb z grubo zmielonej mąki stanowił podstawę
pożywienia.
Wkrótce
Kopernik zaczął podejrzewać, że ludziom nie szkodzi sam chleb, ale raczej sposób
jego spożywania na zamku. Zauważył on, iż olsztyńscy obrońcy chodząc po długich
korytarzach i wspinając się na wieże pogryzali trzymane w rękach pajdy, a po przypadkowym upuszczeniu chleba na ziemię, otrząsali go i zjadali. Oczywiście
przy okazji konsumowali masę brudu z zamkowych zakamarków. Lekarz- astronom
wpadł więc na pomysł, aby powierzchnię chleba pokryć jakaś jasną , jadalną
substancją, na tle której łatwo byłoby zauważyć ewentualne zabrudzenia i je
usunąć. Nadawała się do tego mocno ubita śmietana czyli masło.
W taki oto sposób
powstała kanapka. Kilka lat później Kopernik swoim pomysłem podzielił się z
przewodniczącym gildii aptekarzy i lekarzy. Pomysł został wykorzystany w innych
państwach Europy, a nowy sposób jedzenia przypadł do gustu Europejczykom. Na
początku XVII wieku praktyka pokrywania chleba masłem stała się powszechna w
Europie.
Małgorzata Zawada
Futbol
źródłem konfliktów?
Często się
zdarza, że całe rodziny uprawiają jedną dyscyplinę sportu, którą kolejne
pokolenia niejako dziedziczą w spadku rodzinnym. Jest wiele takich przykładów, w
tym pan Grzegorz Lato i jego syn Jarosław. Niestety Jarkowi sporo jeszcze
brakuje do sukcesów ojca, ale miejmy nadzieję że wszystko jeszcze przed nim.
Podobne tradycje rodzinne – tym razem w zakresie skoków narciarskich- kultywuje
rodzina Tajnerów – Apoloniusz i jego syn Tomisław. Czasem bywa tak, że to bracia
uprawiają tan sam sport. W Polsce najbardziej znani są bracia Żewłakow oraz
Jurek i Darek Dudkowie . Tak więc zarówno piłka nożna jak i każdy inny sport
może zarówno łączyć jak i dzielić rodziny i pokolenia, których przedstawiciele
często rywalizują między sobą.
Sport nieodmiennie łączy
się z kibicowaniem, a i tam możemy znaleźć rodzinne fascynacje. Często na tym
tle nawet rodzą się konflikty gdy np.: ojciec kibicuje drużynie innej niż syn.
Ponadto bardzo częste są waśnie kibiców odmiennych drużyn czy zawodników innych
ugrupowań. Jeśli kibicujemy komuś to w dość naturalny sposób nie darzymy
sympatią jego największego konkurenta. Bieżącym przykładem jest Adam Małysz.
Trzy lata temu największym wrogiem kibiców był Martin Schmitt, a następnie Sven
Hannawald. Na szczęście w tej dyscyplinie sportu nauczyliśmy się kibicować o czym mogliśmy się przekonać w Zakopanem i Planicy.
W piłce nożnej bywa
gorzej- czasem nawet giną ludzie i to niekoniecznie w wyniku nieszczęśliwego
zbiegu okoliczności. Sprawcami bywają inni uczestnicy widowisk sportowych. Godną
potępienia nienawiść kibiców wyśmiewa pewien żart: „Kibic Tottenham Hotspur
Londyn pyta: gdy jest się w klatce z lwem, kobrą
i kibicem Arsenalu Londyn,
a posiada się tylko dwa naboje to kogo należy zastrzelić? Odpowiedź: kibica
Arsenalu i to dwa razy.”
Niestety ta wrogość przerasta wszystkich, czasem
wydaje się, ze nawet policję- rozróby i bójki przeradzają się nawet w regularne
bitwy. Niedawno całą Europą wstrząsnęła wiadomość
o rozróbie we Wrocławiu,
po meczu Arki Gdynia z miejscowym Śląskiem. Jedna osoba zginęła, mnóstwo osób
rannych i cała wrocławska straż, policja i pogotowie postawione „na równe nogi”
– oto bilans ulicznych bójek obu drużyn. Na szczęście tym razem, dzięki
fenomenalnej akcji policji nastąpiło szybkie opanowanie sytuacji. Wiele osób
pyta czemu doszło do tego incydentu? Arka jest klubem trzeciej ligi a Śląsk
pierwszej nie wspominając o tym, że Gdynia i Wrocław leżą daleko od siebie. To
jednak wydaje się nie mieć żadnego znaczenia dla chętnych do rozrób wandali.
Kolejnym irytującym przykładem negatywnych ,,atrakcji dodatkowych” jest ostatni
mecz reprezentacji w Chorzowie z Węgrami. Doszło do bijatyki w której się sam
przypadkowo znalazłem i wraz z ojcem oraz dziadkiem musieliśmy uciekać - a
przecież wszyscy kibicujemy reprezentacji!?
Gdy mój dziadek chodził na
mecze, były one rodzinnym piknikiem, zabawą. Całą rodziną wybierali się ZOO i
wesołego miasteczka, a wieczorem główna atrakcja i cel wycieczki – mecz. Około
100 tysięcy ludzi oglądało wygrane mecze z Brazylią i Anglią. Nieprawdopodobne?
A jednak prawdziwe. W owych czasach reprezentacja odnosiła wiele sukcesów- w
przeciwieństwie do piłki reprezentacyjnej obecnie. Ustrój wówczas nie pozwalał
konkurować biednym polskim klubom z czołówką europejską, tym niemniej jednak
każdy mecz był jakąś przyjemnością, przygodą w kraju restrykcji i cenzury, kraju
socjalistycznym.
Później nadszedł okres
przemian, również w polskiej piłce, przemian niestety na gorsze. Futbol na
poziomie reprezentacji i klubów był coraz gorszy, brakowało pieniędzy, zdarzały
się aresztowania działaczy, brakowało perspektyw, likwidowano kluby – w tym
niestety również Gliwickiego Piasta. Brakowało również dawnych kibiców-
zajmowali się oni ułożeniem sobie życia w nowej wolnej Polsce.
Jednak początek lat 90tych
przyniósł uzdrowienie sytuacji. Medale zdobywane przez przedstawicieli
młodzieżowych reprezentacji zwiastują Polsce dobrych piłkarzy, którzy mogą
cieszyć nas swymi sukcesami w najbliższych latach. Niestety problem widzów
pozostaje. Dlaczego? Ponieważ pokolenia starsze nie mają siły się bawić jak za dawnych lat, a obecne tej sztuki nie posiadają.
Jest rok 2003. W Polsce
jest 20 % bezrobocie, młodych zalewa fala agresji, chodzą do lasu się bić, a gdy
i tego im nie wystarcza, przychodzi kolej na rozróby na stadionach. Co robić? Za
wzór do naśladowania może posłużyć Anglia. Problem został tam rozwiązany
radykalnie: nie można się znajdować pod wpływem środków odurzających, nie można
wnosić broni na stadiony, jest założony monitoring na trybunach. Jednak czy
spokój na trybunach zależy tylko od wprowadzanych i surowo egzekwowanych
zakazów? Na pewno nie. Wszyscy musimy posiąść sztukę kulturalnego i grzecznego
kibicowania. A obecny stan rzeczy nie zmieni się póki mecz nie będzie piłkarskim
świętem. Należy mieć nadzieję, iż niedługo stanie się modne wychowywanie nie
tylko młodych piłkarzy, ale i kibiców. Początki prowadzenia takiej polityki
przez kluby sportowe można już zauważyć. Oby się udało!
Piotr Turek / 2f / (p.k.a.t.)
„Abrakadabra” na chorobę!
Od wielu tysięcy lat naszą ziemię nawiedzają epidemie i
plagi. Obecnie jedynego ratunku przed zarazą szukamy w medycynie i nauce. Ale
300 lat temu ludzie mimo, iż byli wierzący i również wykształceni, szukali innej
broni przeciwko zagrożeniu.
W czasie jednej z epidemii
w Londynie zaobserwowano ciekawe i nowe jak na ówczesne czasy zjawiska. Z obawy
przed epidemią sprzedawano magiczne talizmany z napisem: ,,Abrakadabra”-
ponoć niezwykle skuteczne...:) Na ulicach pojawiło się też mnóstwo „znakomitych”
specjalistów z Europy Północnej. W domach ludzie trzymali kozły, ponieważ
chroniły one mężczyzn przed utratą męskości. Zdarzały się też przypadki
strzelania z armat, z jednego domu do drugiego. Miało to pomóc w odpędzeniu
zarazy od swego domu... Po prostu: kulą z armaty w zarazka! Niech ginie marnie!
Niestety czasem wraz z wymienionym zarazkiem – nieznanym z nazwiska i imienia:)
- mógł ulec zniszczeniu dobytek domowy całkiem konkretnych sąsiadów... Cóż...
jak wiadomo wojna – nawet ta z drobnoustrojami...- ma swoje skutki uboczne...
Okresy epidemii były też niechlubnym okresem
zarabiania na cudzym nieszczęściu... W czasie plag powstawały szkoły dla
drobnych złodziejaszków, którzy mieli zarabiać rabując biżuterię ze zwłok.
Niekiedy w szale radości, zdrowi ludzie dzielili się nią z ludźmi już
nieżyjącymi.
To zaskakujące ale wiele zabobonnych przekonań
przetrwało do dziś. Wiele razy w czasie epidemii ludzie rozstawiają różnego
rodzaju przedmioty, które rzekomo wytwarzają magiczną aurę ochronną. Tylko, że
nasi przodkowie mieli prawo w to wierzyć- nie znali całej prawdy , my już ją
znamy. Pamiętajmy o tym.
Joanna Zielińska (p.k.a.t.)
|