Zespół Szkół Ogólnokształcących Nr 4  im. Piastów Śląskich  w Gliwicach.
 
Intro :
ZSO 4 :


Ogłoszenia :
Informacje o szkole :
Kalendarium :
Temat wydania :

Osiągnięcia GM :
Wykaz podręczników :
Egzamin gimnazjalny : Zasady rekrutacji :
do Gimnazjum Nr 7 :


Osiągnięcia LO :
Wykaz podręczników :
Zasady rekrutacji :
do I klasy VII LO :

Absolwenci LO :
Matura :


Publikacje szkoły :

Klub Europejski :
Centrum multimedialne :
Dla ucznia i nauczyciela :
Kartki z kalendarza :
Archiwum :
Galeria :
Inne :

 

 
Naszym piórem:

         ,Śpiewać każdy może” – tą frazę znają wszyscy. A pisać? Też! Dlatego właśnie zapraszamy do zapoznania się z artykułami napisanymi przez uczniów naszej szkoły. Również niektórzy nauczyciele podjęli to wyzwanie i poszli w ślady swych zdolnych wychowanków. A Wy? Może też macie ochotę na odkrycie w sobie nowych, pisarskich zdolności?

Wszystkich chętnych zapraszamy do współpracy.                                    Anna Trybała

     „Jeśli nie ma niemieckiego podziemia, to je sobie stworzymy!”-                                         czyli Akcja „N”

       Historia Polski aż zbyt obfita jest w wojny i okupacje. Przeszliśmy wiele prób naszego patriotyzmu i woli walki. Jednak II wojna światowa chyba najlepiej z wszystkich pozostałych pokazała światu, że Polak tak łatwo się nie poddaje. Wróg hitlerowski był złym psychologiem. Chcąc zdusić wszelki opór okrucieństwem i przemocą wzmagał nienawiść, jednocząc Polaków jeszcze bardziej. Po upadku kampanii wrześniowej naród polski nie schował się po domach i nie ugiął kolan przed Niemcami. Wręcz przeciwnie-stworzył największą Armię Podziemną w całej okupowanej Europie, a nawet zaryzykowałabym stwierdzenie, że na całym świecie.
       Oprócz prowadzenia tajnych kompletów, sądów podziemnych i wielu innych wymagających niesamowitej odwagi działań Podziemia, uciemiężeni Polacy wymyślili inny sposób walki z okupantem. Uderzał on bezpośrednio w samych Niemców, podkopując morale i miał być przyczyną niechęci faszystowskich żołnierzy do walki, buntu przeciwko Hitlerowi, a może nawet i dywersji. Tym sposobem była właśnie Akcja „N”.
            Do jej rozbudowy i ogromnego zasięgu działania przyczynił się bezpośrednio Jan Nowak-Jeziorański. Usłyszał o niej przypadkiem, rozmawiając w pociągu z pewnym znajomym Węgrem. Otóż poinformował on go, że podobno jakaś bliżej niezidentyfikowana grupa Niemców bardzo sprzeciwia się działaniom Hitlera i ukazuje prawdziwy obraz III Rzeszy. Zaintrygowany „Janek”, który już wtedy działał w Podziemiu, poinformował o tym swoich przełożonych. Odpowiedział mu szczery wybuch śmiechu. Zostało mu wyjaśnione, że to niemieckie podziemie jest tworzone tu, w okupowanej Polsce, przez samych Polaków! Akcja ta polega na dostarczaniu Niemcom gazetek propagandowych donoszących o ich niepowodzeniach na froncie itd. Akcja „N” od słowa Niemcy, którą kierował Tadeusz Żenczykowski(pseudonim „Kowalik”), od razu spodobała się Jeziorańskiemu. Poprosił o natychmiastowe przydzielenie do niej i niedługo potem otrzymał przyzwalającą odpowiedź.
              Zastanawiające jest jedno: jak to możliwe, że nieufni Niemcy wierzyli w to, co było napisane w gazetkach? Przecież powinni byli wyczuć, że nie była pisana przez ich rodaków! Otóż jak się okazuje i to zostało doskonale przemyślane. Nad redakcją pisemek pracowały zespoły Polaków znających język niemiecki lepiej nawet niż polski (głownie ze Śląska i Poznania), często też walczących w czasie I wojny światowej w wojsku niemieckim, gdzie nauczyli się slangu żołnierskiego. Poza tym, były drukowane w typowej dla Niemców gotyckiej czcionce.
             No dobrze, ale jak dostawały się w ręce Niemców? I tutaj metody były różne. Nigdy nie było to z ręki do ręki. Najbardziej do rozprowadzania ich przyczynili się polscy kolejarze, którzy naprawdę bardzo wiele ryzykowali. Przewozili kompromitujące materiały nawet w głąb Rzeszy i wręczali je ludziom, którzy zajmowali się ich dalszym przekazywaniem. W celu uniknięcia wpadki przy okazji kontroli w pociągu, w specjalnych pociągach do przewożenia niemieckich żołnierzy wracających z frontu, którzy zazwyczaj byli śmiertelnie wykończeni i po prostu spali jak zabici, działacze Podziemia wkładali do ich plecaków gazetki dywersyjne. W ten sposób możliwość wykrycia ulotek przez gestapo była bardzo znikoma, ponieważ żołnierze wykończeni w walce za III Rzeszę niemal warczeli na próbujących ich przeszukiwać funkcjonariuszy.
Aby gazetki Akcji „N” dostały się prosto w ręce Niemców, wykorzystywano bardzo wymyślne metody. Najbardziej popularną metodą było wykorzystywanie skrzynek w niemieckich miastach, do których obywatele wkładali przeczytaną prasę, która miała następnie być wysłana żołnierzom na front wschodni, by dostarczyć im trochę rozrywki. W ten sposób zmęczony walką żołnierz, gdy otwierał gazetę, aby poczytać o rychłym zwycięstwie swojego narodu, znajdował pomiędzy stronicami broszurę z szokującymi doniesieniami takimi jak: liczne intrygi i nieprawości ważnych osób, rozłam w Oberkommndo der Wehrmacht, walka pomiędzy Hitlerem i partią a zasłużonymi generałami, z których wielu, jak marszałek Richenau, zostało zlikwidowanych lub znalazło się w niełasce. „Der Frontkampfer” (nazwa jednej z ulotek) przedstawił marszałka Richenau jako bohatera, przywódcę opozycji w wojsku przeciwko Fuhrerowi i najzdolniejszego generała, który swoją odwagę cywilną przypłacił życiem. Przepowiadał, że wojna już została przegrana przez Hitlera, który nie ma pojęcia o prowadzeniu operacji wojskowych, a armia wykrwawia się tylko niepotrzebnie w obronie partii i gestapo. Istniała nawet ulotka wydana w imieniu Rudolfa Hessa, który był domniemanym przywódcą opozycji w łonie partii hitlerowskiej. No cóż, ja na miejscu tego biednego, gotowego dotychczas zginąć za Fuhrera żołnierza, bym się delikatnie mówiąc zdenerwowała.
            Gazetki Akcji „N” były także wkładane do kopert, starannie zaklejane, adresowane do jakiegoś Niemca i opatrzane urzędowymi nadrukami w stylu „Drucksache” lub „Buchhandlung”.
W rozbawienie wprawia fakt, że Niemcy sami rozprowadzali kompromitujące ich rząd i kraj materiały. Urzędnicy pocztowi przybijali pieczątkę, a listonosze niczego nieświadomi roznosili dywersyjną bibułę prosto do rąk adresatów. Dla żołnierzy jadących na front Wschodni przeznaczona była broszura o niebezpieczeństwach rosyjskiej zimy podpisana przez „berlińskiego lekarza”. Wszystko było tak doskonale zaplanowane, że Niemcy nie domyślili się pochodzenia szokujących materiałów. Bo przecież gdyby usłyszeli o takich sprawach z obcego źródła, choćby nawet z audycji BBC, nie uwierzyliby w ani jedno słowo.
Jedno jest pewne: Akcja „N” była jednym z najbardziej śmiałych posunięć Podziemia. Należy tu oddać hołd szczególnie kolejarzom, którzy nieraz wykonywali niesamowicie niebezpieczne zadania, nie oczekując nic w zamian. Możemy się domyślać, że ta akcja w jakimś stopni na pewno przyczyniła się do zwrotu w dziejach wojny, jakim była klęska Wehrmachtu na froncie wschodnim. Niech cały świat widzi, że się nigdy nie poddamy-na żadnym polu.

               Anna Krywult (p.k.a.t.)
 

           POLSCY LOTNICY PODCZAS DRUGIEJ WOJNY ŚWIATOWEJ

           Polscy lotnicy przeszli bardzo dużo.Nie tylko jeśli chodzi o psychikę, ale również w dosłownym tego słowa znaczeniu. Po zajęciu Polski przez Niemców rozpoczęli wielki exodus, najpierw walcząc we Francji, co nie przyniosło wymiernych skutków, głównie przez defetyzm Francuzów, a następnie w Anglii, gdzie bez wątpienia byli najlepsi w swoim fachu.
           Pod koniec lat dwudziestych latanie dla młodych Polaków stało się ucieczką od prozy życia, uosobieniem przygody i romantyzm, było przeniesieniem długiej historii nieustraszonej kawalerii polskiej- husarii, z ziemi w niebo. Dlatego było to tak interesujące i pociągające, a dodatkowo trzeba przyznać, że nie było żadnych ograniczeń dla młodych ludzi pragnących zostać pilotami, nie wymagano od nich na przykład nie musieli pochodzić ze szlachty. Z tych powodów wiele osób uczęszczało do szkół lotniczych. Jedną z najbardziej znanych była szkoła w Dęblinie z siedzibą w przepięknym pałacu. Zaletą polskich szkół lotniczych było m.in. to, że przyszłych pilotów uczono tam „przeglądania całego nieba”, nowatorskiego latania oraz brawurowych, ale skutecznych metod ostrzeliwania nieprzyjaciół –wykonywano, między innymi, ćwiczenie, polegające na locie dwóch samolotów z przeciwnych stron wprost na siebie i skręceniu dopiero po ujrzeniu „ białek oczu” wroga . Dzięki świetnemu szkoleniu polscy lotnicy stali się najskuteczniejszymi pilotami RAFu.
            Jednak zanim nasi rodacy trafili do Anglii po drodze jeszcze „przelecieli” przez Francję, gdyż nie można nazwać działaniami wojennymi picia szampana i zabawy do białego rana francuskich żołnierzy. Mogło się nawet zdawać, że Polakom bardziej zależy na niepodległości Francji niż samym Francuzom, a że w pojedynkę się nic nie wskóra, naszych żołnierzy ogarnęła gorycz i niechęć do Francuzów, a ściślej ich postawy. I wtedy pojawiła się nadzieja, że jednak dane im będzie walczyć z Niemcami. Tą nadzieją była Wielka Brytania, która postanowiła stawić opór najeźdźcom.
Jednak Polacy po przybyciu na Wyspy byli traktowani jak niezorganizowani i niewykwalifikowani szaleńcy. Brytyjczycy bardzo długo nie mogli się przekonać do Polskich Sił Powietrznych, ale na ich niekorzyść działał czas, a ściślej jego brak. Anglia pilnie potrzebowała lotników. W końcu po długich rozmowach stworzono pierwszy polski dywizjon – Dywizjon 303, który został dopuszczony do walk. Od samego początku polscy lotnicy odznaczyli się skutecznością, bohaterstwem i odwagą. Walczyli z takim oddaniem o Wielką Brytanię, jakby to chodziło o ich własny kraj.
            Po niedługim czasie, dzięki nagłaśnianiu wyczynów Polaków w prasie stali się oni bożyszczami Anglii. Byli zapraszani na najbardziej elitarne imprezy, cieszyli się dużą sławą, byli uwielbiani w całym Królestwie. Wśród dam z wyższych sfer modne stało się „adoptowanie”, czyli branie pod swoją opiekę polskich dywizjonów lotniczych. Nienaganne maniery, przyjazne usposobienie i uczuciowość stały się wizytówką Polaków, co przyciągało szczególnie Angielki, które przestały się interesować swoimi rodakami. Sfrustrowani i „odstawieni w kąt” lotnicy brytyjscy próbowali temu w jakiś sposób zaradzić. Jednym z przykładów na „desperację” Wyspiarzy było to, że przyklejali sobie do mundurów naszywki z napisem „ Poland” i najzwyczajniej udawali Polaków.
             Dzielnym polskim pilotom bardzo podobało się w Anglii, po przykrych doświadczeniach z Francji, jednak z drugiej strony odczuwali gorycz i złość, że nie mogą zrobić dla Ojczyzny tyle ile by chcieli. Jednak wciąż mieli nadzieję na to, że alianci wywiążą się z obietnic złożonych Polsce.
            Nadzieję tą niestety rozwiało zachowanie Wielkiej Trójki, które było haniebne, szczególnie jeśli chodzi o Churchilla i Roosvelta, po tym jaki wnieśliśmy wkład w zwycięstwo nad Niemcami.
            Na dodatek polscy żołnierze, którzy nie mogli wrócić do powojennej, zniszczonej Polski, którą już praktycznie rządził Stalin i jego poplecznicy spotkali się ze zgoła innym traktowaniem prze Brytyjczyków niż w latach poprzednich.
Teraz Anglicy, którzy byli wpatrzeni w ZSRR ,,jak w obrazek’’, szykanowali i obrażali Polaków, wypisywali nacjonalistyczne hasła na murach (np. „Anglia dla Anglików”), odnosili się w sposób okrutny i bardzo krzywdzący do ich, towarzyszy broni w walce z nazistowską okupacją Europy. Teraz już nikt nie pamiętał o bohaterstwie polskich lotników. Nie byli już wszędzie zapraszani, obawiali się zakładać polskie odznaczenia, gdyż spotykali się w najlepszym razie z wzgardą. W większości musieli wyemigrować jeszcze dalej od Polski, najczęściej do USA czy Kanady. Nie stawiano im pomników, nie mówiono o nich, nie raczono ich nawet zaprosić na Defiladę Zwycięzców w Anglii, choć byli na niej obecni np. Etiopczycy, Meksykanie, policja z Labuanu, czy też Korpus Pionierów Seszeli.
             Nie, nie pamiętano o nich. Poza tym mogłoby to przysporzyć tylko kłopotów, takich jak np. zdenerwowanie „Uncle Joe”, Józefa Stalina - dobrotliwego i skutecznie ,,wybielonego” przez rządy USA i Wielkiej Brytanii. Polscy piloci jak wszyscy żołnierze oraz nawet cywile, którzy z honorem , odwagą i wiarą walczyli o niepodległą Polskę, zostali zaszczuci, oczernieni i wymazani z pamięci wszystkich na prawie pół wieku. Byli ofiarami nie tyle wojny, co fałszywości i dwulicowości działań Wielkiej Trojki.
             Jednak dziś, gdy żyjemy nareszcie w wolnym kraju, warto przypominać o Nich i wiedzieć o Ich życiu, godnym naśladowania jak najwięcej.
WARTO WIEDZIEĆ, ŻE MY POLACY MAMY Z KOGO BYĆ DUMNI!!!


Agata Smoląg / 3b GM / p.k.a.t.
 

 Helena Citrónova i Franz Wunsch- Miłość silniejsza niż wszystko.

           Druga wojna światowa i obóz Auschwitz kojarzą się z cierpieniem ludzi, pogwałceniem praw człowieka i wykorzystaniem go w najbardziej bestialski sposób.
Wszechobecne cierpienie, ból i rozpacz stały się codziennością tamtych czasów. Mogłoby się wydawać, że niepewność jutra i brak perspektyw całkowicie eliminowały możliwość pojawienia się w takim miejscu uczucia. Miłość była jedną z wartości, które zupełnie nie pasowały do nastroju wojny, a już na pewno nie Oświęcimia, który był kwintesencją nazistowskiego zła.
Jednak pomimo kontrastu pomiędzy uczuciami takimi jak uwielbienie i nienawiść okazało się, że w miejscu brutalnych zbrodni na ludzkości, które było istnym piekłem na Ziemi, może zaistnieć miłość

Niecodzienne zauroczenie
              Poruszająca historia więźniarki Heleny Citrónowej i esesmana Franza Wuncha stanowi dowód na to, że nawet najbardziej niesprzyjające warunki nie mogą wykluczyć powstania miedzy ludźmi mocnej więzi.Helena pochodziła z Czechosłowacji. Do obozu przybyła w marcu 1942 r. Była typową więźniarką, która powoli traciła wiarę w poprawę swej beznadziejnej sytuacji. Przeszła przez wszystkie okrutne choć nieuniknione, bo wynikające z celowej polityki nazistów, okrucieństwa związane z pobytem w Auschwitz: głód, tortury fizyczne i psychiczne. Doświadczyła ogromnej brutalności i zobaczyła jak to jest ,,żyć umierając”.
            Podczas pierwszych miesięcy pobytu w obozie pracowała przy rozbiórce budynków i przenoszeniu gruzów. Kiedy jedna z jej towarzyszek załamała się i została zamordowana przez esesmanów, Helena zdała sobie sprawę, że by móc przetrwać, musi znaleźć pracę w komandzie, gdzie praca jest mniej wycieńczająca. Koleżanka z baraku, Słowaczka, zachęciła Helenę, by razem z nią poszła do pracy w „Kanadzie”. Było to miejsce sortowania rzeczy skradzionych Żydom i ludziom transportowanym do Oświęcimia. Praca tam stanowiła szansę na przetrwanie. Względnie dobre warunki i znajdowane pożywienie dawały iskierkę nadziei na przeżycie. Ta iskierka nadziei miała tak dużą wartość dla więźniów, iż miejsce z nią związane określili nazwą kraju który utożsamiali z bogactwem.
            Jednak o nielegalnym przejściu Heleny do innej pracy, dowiedziała się członkini kapo. Nakazała ona jej wracać do obozu, gdzie miała zostać przeniesiona do karnego komanda, co było równoznaczne ze śmiercią. Jednak przypadkowo pierwszy (i jak wszystko na to wskazywało) ostatni dzień pracy Heleny w Kanadzie, przypadł w dzień urodzin jednego z oficerów SS - Franza Wuncha. Esesman dowiedziawszy się o talencie wokalnym Heleny (miała piękny głos) i poprosił, by dla niego zaśpiewała. Więźniarka ze spuszczonym wzrokiem zanuciła wyuczoną w szkole niemiecką piosenkę. Wunch pod ogromnym wrażeniem uroku Heleny, sprawił, że dziewczyna od następnego dnia zaczęła na stałe pracować w Kanadzie i tym samym po raz pierwszy uratował jej życie. Najprawdopodobniej wtedy zakochał się w niej od pierwszego wejrzenia.

Zaloty
          Chociaż Wunch od tamtej pory był przychylny Helenie, ta na początku żywiła do niego nienawiść. Prezenty, miłosne liściki i wyraźne zainteresowanie Franza nie schlebiały jej, lecz wręcz obrzydzały wielbiciela. Oficer SS miał w Kanadzie swe biuro i starał się do niego jak najczęściej zwabiać swą wybrankę. Pod różnymi pretekstami przywoływał ją do siebie, by choć przez chwilę móc na nią popatrzeć.
         Kiedy więźniarka odrzucała jego wyraźne zaloty, potrafił pokazać twarz prawdziwego, brutalnego esesmana. Szantażował ją i groził surowymi karami, choć mimo wszystko nigdy nie spełnił swych obietnic. Jednak z czasem Helena poczuła się bezpieczna dzięki przywilejom, jakie miała dzięki zauroczeniu Wuncha. Wiedziała, że mężczyzna nie pozwoli, by stało się jej coś złego.

Ocalenie
             Przeczucia Heleny potwierdziły się, gdy Wunsch ocalił przed śmiercią w komorze jej siostrę. Dowiedziawszy się o tym, że Helena pobiegła do bloku śmierci gdzie znajdowała się jej siostra- Róžinka, odszukał je obie i uratował. By być wiernym wizerunkowi brutalnego esesmana i nie wzbudzić podejrzeń innych, oficer skarcił więźniarkę za opuszczenie baraku i zaczął ją bić. Cudem wyciągnął obydwie kobiety z bloku śmierci. Niestety dzieci siostrzenicy Heleny nie uniknęły śmierci, chociaż Wunch i tak sprawił, że Rózinka wraz z jego wybranką pracowała w Kanadzie. To wydarzenie zupełnie zmieniło stosunek Heleny do Franza. Od tamtego momentu zaczęła go powoli kochać. Wzbudzało to oczywiście zazdrość współwięźniarek, które w obliczu własnej tragedii nie potrafiły cieszyć się szczęściem koleżanki. Związek Heleny i Franza opierał się tylko na wymienianiu spojrzeń, pospiesznych rozmowach, krótkich liścikach. „Rozglądał się na prawo i lewo i jeśli nikt nas nie słyszał, mówił ‹‹ Kocham cię››. Dzięki temu czułam się w tym piekle lepiej.” -wspomina Helena. Uczucie, które żywił do Heleny Franz Wunch, niewątpliwie pomogło jej przetrwać w obozie. Wojnę przeżyła nie tylko dzięki jego bezpośredniej ingerencji w jej sprawy, lecz miała podporę psychiczną. Jak ważne musiały być dla niej takie wyznania, podczas gdy otaczająca rzeczywistość nie dawała siły i powodów, by starać się doczekać kolejnego strasznego dnia, możemy się tylko domyślać.

Donos
            Znajomość tych dwojga nie była dla nikogo tajemnicą. Jasne stało się, że wszyscy doskonale wiedzieli, jakie są między nimi relacje. Oczywisty był fakt, że w końcu ktoś na nich doniesie. Albo zawistna współwięźniarka, albo „sumienny strażnik dbający o czystość i honor kolegi”. Rzeczywiście pewnego dnia, kiedy Helena wracała z pracy do obozu, jedna z członkiń kapo rozkazała jej wyjść przed szereg. Zabrano ją do karnego bunkra w bloku 11 i grożono, że jeśli nie powie, co zaszło między nią a tamtym esesmanem, zabiją ją. Wuncha aresztowano także, jednak z powodu zgodności ich zeznać (oboje zaprzeczali, że cokolwiek ich łączyło), sprawa została umorzona.
           Od tamtej pory młodzi zachowywali zdwojone środki ostrożności w kontaktach między sobą. Donosicielami mogły okazać się zazdrosne więźniarki, które nie miały tylu przywilejów, co wybranka esesmana. To ukazuje jak bezwzględnie nienawistne mogły stać się stosunki ludzi w obozie, jeśli pojawiała się szansa poprawy sytuacji dla którejś ze stron. Wszechobecna zazdrość i konkurowanie nawet w błahych sprawach, powodowały piętrzenie się nieporozumień, co powodowało często uciekanie się do daleko posuniętej agresji. Chociaż ich związek nigdy nie został ,,skonsumowany”, był zagrożeniem dla nazistowskiej ideologii i zapewnianiu o wyższości rasy aryjskiej. Sam fakt uczucia, które samo w sobie było silniejsze i ważniejsze niż narzucona odgórnie polityka rasowej nienawiści, okazało się bardzo niebezpieczne dla wizerunku Trzeciej Rzeszy, która nie dopuszczała możliwości związku między Żydówka a Niemcem.

Pożegnanie
            Troskliwe oblicze Wuncha ujawniło się jeszcze podczas wyzwolenia obozu kiedy to obozowicze mieli przygotowywać się do opuszczenia Auschwitz. Miało wtedy dojść do kolejnego marszu śmierci, w listopadzie 1944. Marsze te nie były niczym nowym – pierwszy odbył się w styczniu 1940 r. i jak każdy następny zebrał krwawe żniwo.
Mężczyzna zaopatrzył Helenę i jej siostrę w dwie pary skórzanych, ocieplanych kozaków, które straszliwie różniły się od chodaków wykładanych gazetami, które nosili zwykli więźniowie. Na pożegnanie wcisnął kobiecie w dłoń karteczkę z adresem swojej matki, zamieszkałej w Wiedniu z zapewnieniem o troskliwej opiece. Helena jednak przypomniawszy sobie słowa swego ojca o znaczeniu jej żydowskiego pochodzenia, wyrzuciła liścik, zamykając sobie i siostrze w ten sposób drogę do możliwości schronienia się i tym samym wybrała konieczność tułaczki.
           Opowieść o Wunchu i Helenie ma istotne znaczenie. To niezbity dowód na to, że założyciele obozu, mający na celu poprzez barbarzyńskie postępowanie, oduczyć ludzi człowieczeństwa, nie osiągnęli swego celu. Fakt, że w tak strasznych warunkach mogło rozkwitnąć głębokie uczucie jest niezwykle pocieszający i stanowi świadectwo na to, że nawet najbrutalniejsze metody zobojętnienia ludzi na miłość, spełzły na niczym i okazały się nieskuteczne.

                Karolina Nowotczyńska / 3b GM / p.k.a.t.
 

                              Wielka ucieczka

             W lecie 1942r. w obozie Auschwitz miała miejsce nader zuchwała ucieczka. Jej plan został obmyślony przez Kazimierza Piechowskiego, polskiego więźnia politycznego, który był w Oświęcimiu już od 18 miesięcy. Pewnego dnia odbył on rozmowę z ukraińskim więźniem, Eugeniuszem Banderą, który był mechanikiem w pobliskim warsztacie SS. Zwierzył się on Piechowskiemu, że jest na liście ludzi przeznaczonych na śmierć. Wtedy właśnie po raz pierwszy zaczęli myśleć o ucieczce. Bandera jako mechanik miał dostęp do samochodu, ale był problem z mundurami SS i z zapobieżeniem śmierci innych więźniów w odwecie za ich ucieczkę. Kłopot z mundurem rozwiązał się, gdy Piechowskiemu kapo nakazał iść na drugie piętro magazynu w którym pracował, po puste pudła. Wtedy zobaczył pokój z niemieckim napisem „Mundury”. Gdy kolejny raz się tam wybrał, drzwi były uchylone, więc wszedł do środka. Niestety był tam esesman, który kazał mu zameldować się w głównym biurze, co niewątpliwie groziłoby przeniesieniem do karnego komanda. Jednak Piechowski się nie zgłosił i wszystko dobrze się skończyło, a esesman zapomniał najwyraźniej o tym incydencie. Drugim problem, jakim było uchronienie współwięźniów od śmierci, rozwiązał tworząc fałszywe komando – Rollwagenkomando. Dzięki temu władze obozu nie mogły nikogo zabić w odwecie, gdyż do tego niby-komanada należeli tylko uciekinierzy i nie było żadnego zakładnika. Teraz tylko zostało wybrać dzień i uciec.
           20 czerwca 1942r. w sobotę, czyli w dniu w którym było mniej esesmanów na służbie, zaczęła się wielka ucieczka Kazimierza Piechowskiego, Eugeniusza Bandery, księdza Józefa i Stanisława Jastera. Rano udali się oni do zewnętrznej strefy obozu, czyli terenów za słynną bramą z napisem „Arbeit macht frei”, lecz jeszcze należącej do kompleksu obozowego. Dwóch z nich udawało kapo, którzy prowadzą więźniów do pracy. Następnie Bandera udał się po samochód, a pozostała trójka wkradła się do magazynu po niemieckie mundury. Eugeniusz podjechał samochodem przed wejście, a następnie Piechowski już przebrany za esesmana pokazał mu magazyn, gdzie miał się on przebrać. Gdy już wszyscy byli przebrani, wsiedli do auta i pojechali do bramy głównej. Kiedy uciekinierzy zbliżali się do niej, niemieccy wartownicy nadal nie podnosili szlabanu. Nagle wszystkich ogarnął strach, gdyż nie mieli dokumentów, ani przepustek. I wtedy właśnie Piechowski zaczął krzyczeć po niemiecku do esesmanów „ile mamy tu jeszcze czekać” i kląć. Dzięki temu wartownik podniósł szlaban i samochód przejechał. „To była wolność”.
             Niestety wolność fizyczna nie oznacza całkowitego uwolnienia się od okropnych doświadczeń nabytych w Auschwitz. Z trójki uciekinierów przeżył do czasów dzisiejszych tylko jeden. Reszta straciła życie krótko po ucieczce. Eugeniusz Bandera po powrocie do domu dowiedział się, że żona go opuściła. Z tego powodu rozpił się i umarł. Ksiądz Józef Lempart w wyniku obozowych przeżyć stracił zmysły, po czym wpadł pod autobus i w yniku doznanych obrażeń zmarł. Stanisław Jaster został zabity w Warszawie jeszcze podczas wojny. Tylko „mózg całej operacji”- Kazimierz Piechowski- przeżył. Z dokładniejszym przebiegiem ucieczki i dalszymi przygodami Piechowskiego, często bardzo niebezpiecznymi można się zapoznać w książce jego autorstwa pt. ”Byłem numerem...”. Wbrew pozorom to nie jest zamierzchła przeszłość, ale historia, która dotyczy wielu z nas, a interesować powinna każdego.

              Agata Smoląg / 3b GM / p.k.a.t.
 

,,Co łączy Gliwice i Australię... czyli słów kilka o Wilhelmie Blandowskim”

           Co łączy Gliwice i Australię? Odpowiedź wydawałaby się prosta: nic. A jednak... ,,Elementem” łączącym jest mało znana, a barwna postać Wilhelma Blandowskiego.

Urodził się on w 1822r. w Gliwicach, w rodzinie o polskim pochodzeniu która jednak później uległa procesowi germanizacji.  Uczył się w Szkole Górniczej w Tarnowskich Górach. Studiował również górnictwo w Berlinie oraz pracował w Chorzowie, w tamtejszej kopalni.

           W 1849r. Blandowski wyjechał do Australii, gdzie uzyskał koncesję pozwalającą mu na prowadzenie badań przyrodniczych i geologicznych. Przebywał w Adelajdzie, Sydney i Cape York. Zawsze ciekawy świata i pełen energii uległ ,,gorączce złota” w Viktori odnosząc sukces ponieważ dorobił się na niej niewielkiej fortuny. Cały czas jednak nie przestawał być odkrywcą, dlatego niejako ,,przy okazji” wynalazł pompę wodną do płukania złota.

W 1852r. założył Towarzystwo Geologiczne w Viktorii. Gubernator tego terenu będąc pod wrażeniem Blandowskiego jako świetnego zoologa, doprowadził do powstania Muzeum Historii Naturalnej w Melbourne. Pierwszym dyrektorem australijskiego muzeum został gliwiczanin Wilhelm von Blandowski. Dwa lata później został on jednym z ośmiu założycieli Towarzystwa Filozoficznego w Wiktorii.

            W 1856 i 1857 podjął kilka wypraw badając roślinność i świat zwierzęcy wybrzeży Wiktorii. Posiadał ogromną wiedze w zakresie geografii fizycznej, geologii, mineralogii, paleontologii, zoologii, ichtiologii, botaniki, etnologii. Prowadząc badania wykonywał szereg rysunków, cennych nie tylko zew względów naukowych ale i ciekawych artystycznie.

          Wpływ na dalsze losy Blandowskiego miał spór z profesorem Frederickiem McCoy, który był zwolennikiem przeniesienia zbiorów zgromadzonych przez Blabdowskiego do Uniwersytetu w Melbourne podczas gdy Wilhelm chciał by pozostały one w Muzeum Historii Naturalnej.

             W grudniu 1852 r. Blandowski  stanął na czele wyprawy badającej środowisko przyrodnicze u zbiegu rzek Darling i Murray. Po ponad 4 latach powrócił (w sierpniu 1857) przywożąc 28 pudeł z ponad 17 tysiącami okazów. Wśród nich znalazło się 19 nowo odkrytych okazów ryb  obdarzonych  nazwami nawiązującymi do tych członków Towarzystwa Filozoficznego, którzy byli zajadłymi przeciwnikami Wilhelma. Nazwy te w połączeniu z opisem środowiska życia zwierzęcia np. chudej, oślizgłej ryby mieszkającej  w błocie wywołały sprzeciw i żądanie usunięcia tych ,,okazów” z referatu podsumowującego badania. Blandowski na to się nie zgodził, co zaowocowało odmową przedłużenia jego koncesji na prowadzenie badań naukowych.

             Po powrocie na Śląsk – w 1859r.- opublikował prace naukowe na temat swoich badań w Australii. Był też autorem 4 tysięcy szkiców, przedstawiających Australię. Był aktywnym społecznikiem. Popadł w bliżej nieznany konflikt z Radą Miejską Gliwic. Życie zakończył w zakładzie dla obłąkanych w dzisiejszym Bolesławcu. Nie wiadomo czy faktycznie postradał zmysły czy też zamknięcie go w zakładzie tego typu było  sposobem na pozbycie się nieznośnego  indywidualisty.

             Jakkolwiek Wilhelm był upartym, impulsywnym i  kłótliwym indywidualistą to jednak był również człowiekiem ambitnym, zdolnym do ciężkiej pracy i pełnym poświęcenia dla swoich pasji badawczych i fotograficznych.

              Jego imię upamiętnione zostało w nazwie ryby morskiej -Blandowskius- oraz okonia - Blandowskiella - żyjącego w rzece Murray, którą badał. To jemu zawdzięczamy fotografie Gliwic oraz mieszkańców naszego miasta w XIX w.  Co ciekawe uwieczniał nie tylko bogatych i ważnych gliwiczan, z pewnością płacących za swe wizerunki, ale również ubogich mieszkańców którzy wydawali mu się ciekawymi - nawet jeśli i ubogimi – modelami. Gliwickie Muzeum Willa Caro posiada kilka tomów zdjęć tajemniczych mieszkańców miasta uwiecznionych na kliszy przez Wilhelma von Blandowskiego.

            Jakkolwiek Blandowski pozostaje osobą nieznaną szerszej społeczności, jednak coraz częściej jego osoba jest wydobywana z niezasłużonego cienia. Postać Wilhelma przypomniana została w czasie Dni dziedzictwa Kulturowego Gliwic – poprzez prezentację małej kolekcji jego zdjęć terenie Cmentarza Żydowskiego przy ulicy Na Piasku. Jego osobę wymienia się w okolicznościowej książce na temat Gliwic ,,Kronika 2000”. Przypomina o nim także anglojęzyczny artykuł autorstwa pani Janiny Ali prezentowany na stronie internetowej naszej szkoły. Artykuł przybliżający tą postać zawarty został również w Górnośląskim Informatorze Kulturalnym wydanym we wrześniu 2001 roku.

Poszukiwania szerszych informacji o W.Blandowskim w zasobach internetowych mogą jednak rozczarować. Co prawda zarówno na stronach polskich (www.australia.com.pl) jak i anglojęzycznych (www.museum.vic.gov.au/history) jest on wymieniany, są to jednak tylko krótkie wzmianki i co  ciekawe - liczniejsze w zasobach australijskich.

Jak do tej pory Blandowski pozostaje postacią znaną w Australii, a nieco zapomnianą w Polsce. Przypominany jest jedynie ,,przy okazji”, jak stare rodzinne zdjęcie wyciągane na światło dzienne jedynie ,,od święta”. Może już jednak czas by stał się pełnoprawnym członkiem gliwickiej społeczności, znanym i szanowanym w swoim mieście, które swymi zasługami sławił nawet na tak odległym kontynencie jak Australia?

 Anna Trybała       

            An-225 Kolos w przestworzach 

           Największym kolosem w przestworzach jest obecnie AN-225. Nie ma sobie równych na całym świecie. Nawet kolos z  USA (Galaxy C-5) ustępuje w wielu osiągach AN- owi. AN ma napęd składający się z sześciu silników turbinowych Łotariew D-18T, każdy o ciągu 229. 50kN. Maksymalna masa startowa AN-225 to 600 ton zaś maksymalna masa załadunku wewnętrznego i zewnętrznego to 250 ton. Rozpiętość skrzydeł to 88.4 m. Długość wynosi 84 m. Wysokość: 18.1 m. Przy takich wielkich rozmiarach AN osiąga prędkość do 800 km/godz. Wielkości  ładowni:

-długość 84 metry     -szerokość 6.4 metra      -wysokość 4.39 metra

            Zasięg maksymalny z obciążeniem aż 4500km. Zasięg bez obciążenia 15.400km. Do tak wielkiej maszyny potrzebna jest załoga składająca się tylko z 7 osób. AN-225 po raz pierwszy został pokazany 16 lat temu na Kijowskim lotnisku. W roku 2006 AN-225 być może zostanie użyty w rosyjskim programie kosmicznym MAKS. W marcu 1989 r. Po raz pierwszy AN-225 wzbił się w powietrze z załadunkiem 250-ciu ton z misją pobicia wszelkich rekordów świata w klasie samolotów odrzutowych o masie przewyższającej 300 ton. Ustanowiono 106 nowych rekordów świata. Większość nie została pobita do dziś. W roku 1989 Mirja (AN-225) wzbił się z wahadłowcem Buran na grzbiecie. Potrzebował pasa startowego o długości 2500 m. Duet ten występował potem na wielu imprezach lotniczych. Po kilku latach wokół AN- 25  zapadła cisza trwająca do dziś.

  Mateusz Niezgoda kl. II G

Fale tsunami

                                                          Fale tsunami są pojedynczymi falami długimi, powstającymi na skutek trzęsienia ziemi występującego pod dnem morskim (najczęściej), w wyniku podwodnych wybuchów wulkanów lub eksplozji wulkanów na morzu (np. wybuch wulkanu Karakatau, 26-28.08.1883r.) albo też obsunięcia się mas gruntu do morza (Zatoka Lituya na Alasce, 9.06.1958 r.). Pod względem genetycznym tsunami traktuje się jako fale sejsmiczne.
    Fale tsunami charakteryzują się znaczną długością, rzędu kilkunastu - stu kilkudziesięciu tysięcy metrów, ich wysokość na otwartym, głębokim oceanie wynosi kilka metrów. Ze względu na bardzo duże długości prędkość przemieszczania tych fal jest duża (rzędu kilkuset km na godzinę) i nawet na największych głębokościach przemieszczają się jako fale płytkowodzia. Stromość fal tsunami na otwartych, głębokich wodach jest bardzo mała, stąd, na takich akwenach nie stanowią nie tylko jakiegokolwiek zagrożenia dla statków, lecz są wręcz niezauważalne.
    W momencie dojścia do strefy brzegowej, poruszająca się z dużą prędkością fala długa staje się falą przyboju o stromym czole, jej wysokość wzrasta. Wzrost wysokości fali tsunami uzależniony jest od początkowej wysokości (energii fali), szerokości i nachylenia strefy przybrzeża, w której zachodzi dyssypacja energii fali oraz od topografii linii brzegowej. Im szerszy i o mniejszym nachyleniu szelf, tym silniejsze rozpraszanie energii fali i fala tsunami dochodząca do linii brzegowej ma mniejszą wysokość. W skrajnych przypadkach wysokość fali tsunami sięgać może kilkunastu metrów. Szczególnie duże wysokości fal tsunami obserwuje się w sytuacjach, gdy wąski, dość stromo nachylony szelf przylega do zatok w linii brzegowej. W zatoce dochodzi do dodatkowego spiętrzenia wody.  Ponieważ batymetrię podbrzeża i topografię linii brzegowej można traktować jako stałą (w sensie braku zmian  w czasie),  pewne odcinki wybrzeża szczególnie narażone są na częstsze niż na innych odcinkach brzegu występowanie fal tsunami.
    Nadejście fali tsunami zazwyczaj poprzedzone jest szybkim obniżeniem lustra wody od 1 do 4 metrów, które trwa od kilku do kilkunastu minut, po czym następuje gwałtowne i szybkie podnoszenie się poziomu morza, zakończone nadejściem fali tsunami o dużej, kilku - kilkunastometrowej wysokości. Zazwyczaj najwyższa jest pierwsza fala tsunami, po której może przyjść kilka kolejnych, o coraz to mniejszej wysokości. To ostatnie stwierdzenie jest jednak wcale takie pewne .

   

    Niszczycielskie działanie tsunami objawia się w strefie przybrzeżnej, gdzie tworzą one wysoki, stromy wał wody, uderzający w brzeg z dużą prędkością i zmiatający wszystko po drodze. Szczególnie narażone na zniszczenia są urządzenia hydrotechniczne, infrastruktura portowa, statki znajdujące się w portach i i na płytkich, przyportowych redach. W przypadku wystąpienia tsunami statkowi znajdującemu się w porcie grozi zniszczenie lub w bardziej korzystnej sytuacji - odniesienie bardzo poważnych uszkodzeń. Znane są liczne przypadki wyniesienia statków stojących w porcie i osadzenia na nabrzeżu lub uniesienia statków stojących na redzie i osadzenia na lądzie z dala od brzegu (niekiedy na równej stępce).

    Ponieważ fale tsunami związane są z występowaniem trzęsień ziemi, najwięcej ich występuje na obszarach aktywnych sejsmicznie. Na pierwszym miejscu należy wymienić tu Pacyfik, wokół brzegów tego oceanu występują bardzo aktywne sejsmicznie obszary związane z czynnymi strefami subdukcji. Wzdłuż wybrzeży Ameryki Południowej, Ameryki Środkowej, Kalifornii Alaski, Wysp Aleuckich, Kamczatki, Wysp Kurylskich, Japonii, Filipin i wysp Indonezji występują często silne trzęsienia ziemi, generujące fale tsunami. Na Oceanie Atlantyckim fale tsunami występują rzadko, lecz jedna z nich, związana z lizbońskim trzęsieniem ziemi (1.11.1755 rok) okazała się wyjątkowo niszczycielska. I1I  Stosunkowo często, choć o niewielkiej sile, występują fale tsunami na Morzu Śródziemnym, zwłaszcza przy wybrzeżach Północnej Afryki (Algeria, Marokko), gdzie strefa przybrzeżna wykazuje stale niewielką aktywność sejsmiczną.
    Odpowiednio silne trzęsienie ziemi, nawet oddalone, jest w stanie wywołać wysoką falę tsunami w ogromnej odległości.

   Mateusz Niezgoda kl.2g GM

Wstrzymał Słońce, ruszył Ziemię, posmarował chleb masłem...

            Kim był Mikołaj Kopernik?  Astronomem- każde dziecko odpowie. To on  w swoim dziele „ O obrotach sfer niebieskich”  jako pierwszy z nowożytnych sformułował teorię heliocentryczną. Bardziej oczytani powiedzą, że był kanonikiem kapituły warmińskiej, kartografem (sporządził mapę Warmii, Prus Królewskich, Zalewu Wiślanego i Królestwa Polskiego) i ekonomistą (udzielał rad królowi polskiemu Zygmuntowi Staremu w sprawach związanych z obiegiem pieniężnym, przedstawił projekt reformy monetarnej i sformułował prawo o wypieraniu lepszego pieniądza przez pieniądz gorszy). Napisał również krótki memoriał „Obrachunek wypieku chleba”, w którym zawarł tablice z uczciwymi cenami pieczywa i opisem jego wypieku. Za życie ceniono go przede wszystkim jako lekarza.  Jednak mało kto wie, że to Kopernik wymyślił i upowszechnił smarowanie chleba masłem. Co więcej – propagował to ze względów czysto leczniczych a nie kulinarnych.

            Jaka była geneza tegoż pomysłu?   W roku 1516 Kopernik został mianowany  administratorem  dóbr kapituły  w Olsztynie. W styczniu 1521 roku do murów Olsztyna podeszli Krzyżacy. Kopernik jako administrator przygotował  miasto i zamek do obrony. Dzięki wzorowemu przygotowaniu atak krzyżacki został odparty. Jednak w trakcie obrony, pojawiła się tajemnicza choroba, na którą zaczęła chorować załoga. Powodowała ona przykre i silne objawy ze strony układu pokarmowego na które skarżyli się wszyscy członkowie załogi. Pomimo stosowania środków zaradczych znanych w owych czasach, choroba nie ustępowała.

 Lekarz Kopernik postanowił więc dociec przyczyn choroby. Podejrzewał, że ludziom szkodzi coś z jedzenia. Rozdzielił więc załogę na niewielkie odziały, które rozmieścił  w różnych częściach zamku. Każda z grup przyjmowała inaczej skomponowane posiłki. Szybko okazało się, ze nie chorują tylko ci, których dieta nie obejmuje chleba. Najprościej byłoby wyeliminować chleb z posiłków całej załogi, ale w oblężonym zamku, przy ograniczonych zasobach żywności  było to niemożliwe. Twardy czarny chleb z grubo zmielonej mąki stanowił podstawę pożywienia.

Wkrótce Kopernik zaczął podejrzewać, że ludziom nie szkodzi sam chleb, ale raczej sposób jego spożywania na zamku. Zauważył on, iż olsztyńscy obrońcy  chodząc po długich korytarzach i wspinając się na wieże pogryzali trzymane w rękach pajdy, a po przypadkowym upuszczeniu chleba na ziemię, otrząsali go i zjadali. Oczywiście przy okazji konsumowali masę brudu z zamkowych zakamarków. Lekarz- astronom wpadł więc na pomysł, aby powierzchnię chleba pokryć jakaś jasną , jadalną substancją,  na  tle której łatwo byłoby zauważyć ewentualne zabrudzenia i je usunąć. Nadawała się do tego mocno ubita śmietana czyli masło.

            W taki oto sposób powstała kanapka.  Kilka lat później Kopernik swoim pomysłem podzielił się z przewodniczącym gildii aptekarzy i lekarzy. Pomysł został wykorzystany  w innych państwach Europy, a nowy sposób jedzenia przypadł do gustu Europejczykom. Na początku XVII wieku praktyka pokrywania chleba  masłem  stała się powszechna w Europie.

 Małgorzata Zawada

Futbol źródłem konfliktów? 

            Często się zdarza, że całe rodziny uprawiają jedną dyscyplinę sportu, którą kolejne pokolenia niejako dziedziczą w spadku rodzinnym. Jest wiele takich przykładów, w tym pan Grzegorz Lato i jego syn Jarosław. Niestety Jarkowi sporo jeszcze brakuje do sukcesów ojca, ale miejmy nadzieję że wszystko jeszcze przed nim. Podobne tradycje rodzinne – tym razem w zakresie skoków narciarskich- kultywuje rodzina Tajnerów – Apoloniusz i jego syn Tomisław. Czasem bywa tak, że to bracia uprawiają tan sam sport. W Polsce najbardziej znani są bracia Żewłakow oraz Jurek i Darek Dudkowie . Tak więc zarówno piłka nożna jak i każdy inny sport może zarówno łączyć jak i dzielić rodziny i pokolenia, których przedstawiciele często rywalizują między sobą.

Sport nieodmiennie łączy się z kibicowaniem, a i tam możemy znaleźć rodzinne fascynacje. Często na tym tle nawet  rodzą się konflikty gdy np.: ojciec kibicuje drużynie innej niż syn. Ponadto bardzo częste są waśnie kibiców odmiennych drużyn czy zawodników innych ugrupowań. Jeśli kibicujemy komuś to w dość naturalny sposób nie darzymy sympatią jego największego konkurenta. Bieżącym przykładem jest Adam Małysz. Trzy lata temu największym wrogiem kibiców był Martin Schmitt, a następnie Sven Hannawald. Na szczęście w tej dyscyplinie sportu nauczyliśmy się kibicować o czym mogliśmy się przekonać w Zakopanem i Planicy.

W piłce nożnej bywa gorzej- czasem nawet giną ludzie i to niekoniecznie w wyniku nieszczęśliwego zbiegu okoliczności. Sprawcami bywają inni uczestnicy widowisk sportowych. Godną potępienia nienawiść kibiców wyśmiewa pewien żart: „Kibic Tottenham Hotspur Londyn pyta: gdy jest się w klatce z lwem, kobrą i kibicem Arsenalu Londyn, a posiada się tylko dwa naboje to kogo należy zastrzelić? Odpowiedź: kibica Arsenalu i to dwa razy.” Niestety ta wrogość przerasta wszystkich, czasem wydaje się, ze nawet policję- rozróby i bójki przeradzają się nawet w regularne bitwy. Niedawno całą Europą wstrząsnęła wiadomość o rozróbie we Wrocławiu, po meczu Arki Gdynia z miejscowym Śląskiem. Jedna osoba zginęła, mnóstwo osób rannych i cała wrocławska straż, policja i pogotowie postawione „na równe nogi” – oto bilans  ulicznych bójek obu drużyn. Na szczęście tym razem, dzięki fenomenalnej akcji policji nastąpiło szybkie opanowanie sytuacji. Wiele osób pyta czemu doszło do tego incydentu?  Arka jest klubem trzeciej ligi a Śląsk pierwszej nie wspominając o tym, że Gdynia i Wrocław leżą daleko od siebie. To jednak wydaje się nie mieć żadnego znaczenia dla chętnych do rozrób wandali. Kolejnym irytującym przykładem negatywnych ,,atrakcji dodatkowych”  jest ostatni mecz reprezentacji w Chorzowie z Węgrami. Doszło do bijatyki w której się sam przypadkowo znalazłem i wraz z ojcem oraz  dziadkiem musieliśmy uciekać - a przecież wszyscy kibicujemy reprezentacji!? 

Gdy mój dziadek chodził na mecze, były one rodzinnym piknikiem, zabawą. Całą rodziną wybierali się ZOO i wesołego miasteczka, a wieczorem główna atrakcja i cel wycieczki – mecz. Około 100 tysięcy ludzi oglądało wygrane mecze z Brazylią i Anglią. Nieprawdopodobne?  A jednak prawdziwe. W owych czasach reprezentacja odnosiła wiele sukcesów- w przeciwieństwie do piłki reprezentacyjnej obecnie. Ustrój wówczas nie pozwalał konkurować biednym polskim klubom z czołówką europejską, tym niemniej jednak każdy mecz był jakąś przyjemnością, przygodą w kraju restrykcji i cenzury, kraju socjalistycznym.

Później nadszedł okres przemian, również w polskiej piłce, przemian niestety na gorsze. Futbol na poziomie reprezentacji i klubów był coraz gorszy, brakowało pieniędzy, zdarzały się aresztowania działaczy, brakowało perspektyw, likwidowano kluby – w tym niestety również Gliwickiego Piasta. Brakowało również dawnych kibiców- zajmowali się oni ułożeniem sobie życia w nowej wolnej Polsce.

Jednak początek lat 90tych przyniósł uzdrowienie sytuacji. Medale zdobywane przez przedstawicieli młodzieżowych reprezentacji zwiastują Polsce dobrych piłkarzy, którzy mogą cieszyć nas swymi  sukcesami w najbliższych latach. Niestety problem widzów pozostaje. Dlaczego? Ponieważ pokolenia starsze nie mają siły się bawić jak za dawnych lat, a obecne tej sztuki nie posiadają.

Jest rok 2003. W Polsce jest 20 % bezrobocie, młodych zalewa fala agresji, chodzą do lasu się bić, a gdy i tego im nie wystarcza, przychodzi kolej na rozróby na stadionach. Co robić? Za wzór do naśladowania może posłużyć Anglia.  Problem został tam  rozwiązany radykalnie: nie można się znajdować pod wpływem środków odurzających, nie można wnosić broni na stadiony, jest założony monitoring na trybunach. Jednak czy spokój na trybunach zależy tylko od wprowadzanych i surowo egzekwowanych zakazów? Na pewno nie. Wszyscy musimy posiąść sztukę kulturalnego i grzecznego kibicowania. A obecny stan rzeczy nie zmieni się póki mecz nie będzie piłkarskim świętem. Należy mieć nadzieję, iż niedługo stanie się modne wychowywanie nie tylko młodych piłkarzy, ale i kibiców. Początki prowadzenia takiej polityki przez kluby sportowe można już zauważyć. Oby się udało! 

Piotr Turek / 2f / (p.k.a.t.)

„Abrakadabra” na chorobę!

             Od wielu tysięcy lat naszą ziemię nawiedzają epidemie i plagi. Obecnie jedynego ratunku  przed zarazą szukamy w medycynie i nauce. Ale 300 lat temu ludzie mimo, iż byli wierzący i również wykształceni, szukali innej broni przeciwko zagrożeniu.

W czasie jednej z epidemii w Londynie zaobserwowano ciekawe i nowe jak na ówczesne czasy zjawiska. Z obawy przed epidemią sprzedawano magiczne talizmany     z napisem: ,,Abrakadabra”- ponoć niezwykle skuteczne...:) Na ulicach pojawiło się też mnóstwo „znakomitych” specjalistów z Europy Północnej. W domach ludzie trzymali kozły, ponieważ chroniły one mężczyzn przed utratą męskości. Zdarzały się też przypadki strzelania z armat, z jednego domu do drugiego. Miało to pomóc w odpędzeniu zarazy od swego domu... Po prostu: kulą z armaty w zarazka! Niech ginie marnie! Niestety czasem wraz  z wymienionym zarazkiem – nieznanym z nazwiska i imienia:) - mógł ulec zniszczeniu dobytek domowy  całkiem konkretnych sąsiadów... Cóż... jak wiadomo wojna – nawet ta  z drobnoustrojami...- ma swoje skutki uboczne...

Okresy epidemii były też niechlubnym okresem zarabiania na cudzym nieszczęściu... W czasie plag powstawały szkoły dla drobnych złodziejaszków, którzy mieli zarabiać rabując biżuterię ze zwłok. Niekiedy w szale radości, zdrowi ludzie dzielili się nią z ludźmi już nieżyjącymi.

To zaskakujące ale wiele zabobonnych przekonań przetrwało do dziś. Wiele razy  w czasie epidemii ludzie rozstawiają różnego rodzaju przedmioty, które rzekomo wytwarzają magiczną aurę ochronną. Tylko, że nasi przodkowie mieli prawo w to wierzyć- nie znali całej prawdy , my już ją znamy. Pamiętajmy o tym.

Joanna Zielińska (p.k.a.t.)


design by webmaster